Liv obudziła się na podłodze. Spojrzała na zegarek, 4.30-„Świetnie”-pomyślała, wiedząc, że i tak już nie zaśnie. Jak na zawołanie fala bólu przeszyła jej prawy nadgarstek. Spojrzała na niego i dopiero teraz zauważyła, że krew cieknie z niego strużką . Zerwała się na równe nogi i pobiegła do stolika nocnego, zastanawiając się tym samym, dlaczego nie postanowiła spać w łóżku, jak normalny człowiek, ale to nie było teraz priorytetem. Podbiegła do swojej szafki nocnej, z której wyciągnęła apteczkę. Sięgnęła po sterylnie zapakowaną gazę i przyłożyła do zakrwawionej rany. Gdy już ściągnęła ją z rany, zauważyła, że formuje się ona w dwa słowa. Sięgnęła po telefon i zrobiła zdjęcie. Słowa układały się w groźbę: "Doigrałaś się".
Jak oparzona pobiegła na dół . Nikogo jednak tam nie spotkała. Przetrząsnęła wszystkie pokoje, szafy i półki, ale nadal nic. Pobiegła do biblioteki. To było jedyne pomieszczenie, gdzie mogła dać upust swoim emocjom. Łzy spływały jej po policzkach słonymi strużkami na dekolt. Znała to pomieszczenie na pamięć. Przesiadywała tu większą część dnia i zauważyła, że coś jest tu nie tak. Rozejrzała się dookoła. Na stoliku był plecak. Podeszła do niego niepewnie i rozsunęła zamek. Miał w sobie kilka pudełek. Każde było opisane. Zauważyła też jaskraworóżową kopertę, bardzo różniącą się od tych, które dostawało od niejakiego pana Pauella. Otworzyła list.
Przepraszam Cię, ale to było jedyne wyjście, żeby Ciebie nie zabił. Na początku musisz wiedzieć, w jakiej sytuacji jesteś. To Tojjona. Wyspa położona, w zupełnie innym wymiarze, niż nasz układ słoneczny. Urodziłam się tu i teraz nam się to przyda. Pauello Cię szuka. Pragnie Cię wykorzystać do swoich celów i chce cię zmusić, abyś była jego głównym królikiem doświadczalnym. W tym plecaku masz wszystko co powinno utrzymać Cię przy życiu. Niestety nie będę mogła Ci towarzyszyć w wędrówce. Udaj się na północ do tajemniczego, ciemnego i mrocznego Lasu. (Trudno go nie zauważyć). Tam znajdziesz chatkę, a nimfa w niej mieszkająca posłuży Ci pomocą, jeśli tylko przywitasz się z nią jej prawdziwym imieniem, które brzmi "Fellan". Zobaczymy się w snach jeśli użyjesz eliksiru !@#$%^&*.
„Co!?”-spytała zdziwiona samą siebie. Widziała po piśmie, że ta osoba bardzo się spieszyła pisząc ten list. Wyglądało też na to, że osoba ta listu nie dokończyła, o czym świadczyły smugi atramentu (nieukładające się niestety w żaden logiczny wyraz) i brak podpisu. Przez chwilkę zastanawiała się jakim cudem miałaby znaleźć tamten eliksir i czy list ten jest ogóle przeznaczony dla niej, ale to w sumie to zdarzyło się to w jej domu . Spakowała list. Nadal nie wiedziała, o co tu chodzi. Jednak z tej tajemniczej widomości zrozumiała jedno na 100%: „Musi się spieszyć, bo inaczej dorwie ją koleś o imieniu Pauello, który, gdy śpi kaleczy jej ręce i nie zasklepia ran.” Wzięła plecak , otworzyła drzwi i wybiegła na zewnątrz. Taki był zamiar jednak, w realu w prawdzie otworzyła drzwi i znalazła się za nimi, ale zamiast wybiec na zewnątrz, jakby wyleciała, bo dom znajdował się wysoko nad powierzchnią ziemi. Leciała i leciała, aż w końcu ze strachu straciła przytomność.
***
Obudziła się na polanie ze słupem wbitym w ziemię. Na słupie widniały dwie strzałki w dwie dróżki. Jedna strzałka przedstawiała kroplę wody i jakieś niezrozumiałe dla Liv znaczki i przypisana jej dróżka prowadziła na południe. Na drugiej strzałce Liv nie znalazła żadnego obrazka a tylko wspomniane wcześniej znaczki jednak tym razem były one inne. Dróżka którą wskazywał grot strzałki szła na północ więc w tym kierunku ruszyła. Wędrowała ścieżką do momentu aż była bardzo zmęczona wtedy stwierdziła że jest dobra okazja żeby sprawdzić co tak naprawdę jest w magicznym plecaku. Rozejrzała się wokół i otworzyła plecak szukając czegoś co mogłoby jej pomóc przetrwać noc. Znalazła hamak. Rozpięła go między dwoma drzewami a w plecaku poszukała czegoś do zjedzenia. Znalazła tylko wodę ale to może ze względu że była bardzo zmęczona. Położyła się na rozpiętym wcześniej hamaku i plecak położyła pod głowa jako poduszkę Nie czekając długo poddała się objęciom krainy morfeusza.
***
Obudziła się następnego dnia wcześnie rano. Promyczki słońca muskały jej twarz. Otworzyła oczy, by opowiedzieć bratu swój dziwny sen i żeby sprawić, by roześmiał się, jak to on miał w zwyczaju, wprawiając ją w poczucie bezpieczeństwa powodowanego jego obecnością. Nie potrafiła jednak tego zrobić. Gdy otworzyła oczy zobaczyła nad sobą korony drzew. Okazało się, że leży na tym samym hamaku i wtedy zrozumiała, że to w cale nie był sen. Wzięła wodę z plecaka i przy okazji schowała do niego hamak. Chlusnęła sobie jeszcze wodą w twarz i uzgodniła z kompasem kierunek jej wędrówki. Ruszyła dalej. Szła około dwóch kilometrów ,gdy las zaczął się zagęszczać , a olbrzymie konary drzew stały się bardziej przerażające i upiorne, niż na początku jej wędrówki. Zaczęła biec, aby mieć mniej czasu na rozglądanie się po tej zatrważającej scenerii. To był ten moment, kiedy podziękowała sobie, za bycie harcerką i pilne uczestniczenie w biegach na orientację. Cały czas uważnie trzymała się ścieżki, aż do momentu, gdzie ta zaczęła się rozwidlać. Intuicja mówiła jej, aby skręcić w prawo, ale wolała nie ryzykować ewentualnego zmuszenia się do zawrócenia i mknęła dalej na północ ufając tajemniczemu listowi, że tam znajdzie chatkę jakiejś nimfy. Niestrudzenie biegła na północ, gdzie ścieżka zaczęła ewidentnie zanikać, aż w końcu całkowicie zniknęła Liv z oczu. Nieco przestraszona dziewczyna spojrzała na kompas, który dalej wskazywał, że podąża w dobrym kierunku. Nagle pełno wątpliwości zrodziło się w jej głowie . Zdenerwowała się, ale dalej pobiegła na północ przez las. Nie chciała nic nikomu zrobić, nawet biednym drzewom, więc postanowiła przyspieszyć, by w ten sposób rozładować swoje emocje. Biegła sprintem przez las, dopóki nie potknęła się o wystający korzeń. Po zbluzganiu go obficie stwierdziła że zaczyna być jak ciotka Fryda i przestraszyła się na samą myśl o tym. Nie minęła chwila i przeszywający ból owinął jej kostkę. W tym samym momencie usłyszała szelest odsuwanych liści.
-No świetnie-powiedziała sama do siebie, po czym wbiegła w krzaki i spojrzała, w kierunku, z którego wydobywał się dźwięk. Było tam drzewo, o które się przed chwilą potknęła. Na wystającej części korzenia była jej krew. Usłyszała kroki. Rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie było. Kroki były coraz bliżej i bliżej, jednak nadal nikogo nie widziała. Po chwili jej wzrok powędrował na znany jej fragment drzewa, którego rodzaju nie potrafiła rozpoznać w żaden sposób. Potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Krew zniknęła. Kroki były coraz bliżej. Liv kuliła się jeszcze bardziej, ignorując fakt, że mocniej przyciągając kolana do klatki piersiowej zgniata płuca i przeponę spłycając swój oddech. Nadal nic nie widziała. Wiedziała, że to niewidzialne stworzenie zaraz ją dorwie. Łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Usłyszała biegnącą osobę. Przez cały czas rozglądała się niepewnie. I z ulgą odetchnęła, gdy okazało się, że jest w stanie zobaczyć postać, która ją tak bardzo przestraszyła. Nie zamierzała jednak wychylać się ze swojego krzaka i stwierdziła, że spróbuje poobserwować chwilkę jej nieświadomą wybawicielkę. Patrzyła uważnie, przyglądając się postaci. Była to dziewczyna. Miała rude włosy i dosyć bladą cerę. Na plecach miała kołczan, a w ręku trzymała łuk, na którego cięciwie umieszczona była strzała wycelowana w przestrzeń. Puściła cięciwę, a strzała wydała dźwięk jakby trafiła w jakieś ciało, ale nigdzie nie było jej widać. Rudowłosa rozejrzała się i już chciała odejść, kiedy Liv nie wytrzymała i wyszła ze swojej kryjówki.
-Przepraszam-zaczęła niepewnie Liv sprawiając, że nieznajoma spojrzała na nią przestraszona
-Nie jestem tutejsza-ciągnęła-Szukam chatki umieszczonej w środku lasu-dokończyła w końcu
Mimo wyjaśnień Liv dziewczyna jednak wycelowała łuk w jej stronę i powiedziała:
-Kim jesteś i skąd wiesz o moim domu-powiedziała przez ściśnięte zęby. Liv jak na zawołanie podniosła ręce w górę, ale nie potrafiła się powstrzymać i sklecając faktu nieco odetchnęła z ulgą.
-Mam na imię Liv. Pochodzę z innego wymiaru i… przekazano mi, że mam pokierować się na północ, gdzie znajdę chatkę w środku dosyć upiornego lasu. Twoje imię to Fellan, prawda?-powiedziała to symulując odwagę na tyle, na ile mogła trzymając dłonie cały czas skierowane do nieba. Na ostatnie pytanie jednak spuściła ręce, bo jej towarzyszka przestała celować w nią z łuku. Zawiesiła łuk na ramieniu i wzięła Liv za rękę. Liv była zaskoczona, ale Fellan nie dawała jej wyboru i po prostu pociągnęła ją przez las. Nim Liv się obejrzała były już przy chatce. Była naprawdę cała otoczona upiornymi drzewami. Rudowłosa puściła jej rękę i spojrzała w oczy. Oczy miała prześliczne, były jakby z czystej wody. Bez żadnych plamek, czy przebarwień. Czysty błękit, jak woda w nieodnalezionym przez żadnego wędrowca górskim strumieniu. Ściągnęła chustkę przykrywającą jej połowę twarzy. Miała pełno piegów i blizny na twarzy.
-Olivia z rodu Morganów-odparła po chwili, jakby prześwietliła jej cały umysł
-Czekałam na ciebie-ciągnęła już spokojniej
-Ale skąd ty…-zaczęła Liv, ale pani domu nie pozwoliła jej dokończyć
-Miałaś się tu zjawić wczoraj, ale jak widać wystąpiły komplikacje-uśmiechnęła się- Cieszę się jednak, że przyszłaś w jednym kawałku
-Mało brakowało- wtrąciła Liv
-Driady-powiedziała wyraźnie rozbawiona rudowłosa
-Ja nikogo nie widziałam-powiedziała przepraszająco Liv
Lekko się zamyśliła, ale potem wskazała ręką szeroką ścieżkę, wyginającą się, jak wstążka. Po obu jej stronach widziała kwiatki lub niskie krzewinki, które mieniły się kolorami. Przed nimi widać było mały ciemny domek, z gankiem ogrodzonym płotkiem. Gdy stały już pod furtką, Liv spojrzawszy w prawo ujrzała basen, w którym pływały lilie. Woda była srebrzysta, podchodząca lekko pod błękit, a lilie były widocznie zadbane. Domek okolony był wysokimi drzewami. Fellan otworzyła furtkę i jej oczom ukazał się malutki ganek. Gdy odwróciła głowę w prawo zobaczyła grill stojący pod ścianą. Zdziwiła się lekko, ale nie zamierzała pytać o niego gospodyni. Gdy weszły do środka Liv zaparło dech w piersiach. Szczerze mówiąc spodziewała się jakiejś wyglądającej na opuszczoną typowej leśnej chaty, a ta z pewnością do takich nie należała. W prawdzie większość rzeczy była z ciemnego drewna, ale wszystko prezentowała się naprawdę ślicznie. Ciemne panele pokrywały wszystkie podłogi w budynku. Na przeciwko drzwi była rogowa, otwarta kuchnia w kształcie podkowy. Dokańczające podkowę blaty po lewej stronie okazały się też stołami, do których dostawiono stołki barowe, z drewnianymi nóżkami i poduszkami z ciemniej skóry. Zaraz obok „jadalni” stały dwie kanapy z okryciem w postaci koca (swoją drogą bardzo mięciutkiego). Wykrzywione były w taki sposób, że prawie układały się w kształt litery „V” zamiast stolika pomiędzy nimi, stała prostokątna skrzynia, na której leżał czekoladowy obrus. Ścianę za tą „częścią salonową” zdobiły zegary pokrywające tylko fragment za kanapami. Obok nich były jeszcze jakieś meble, ale wydawały się dla Liv, jakby zamazane i będąc trochę wtajemniczona w tutejsze zjawiska stwierdziła, że po prostu nie powinna tego widzieć. Naprzeciwko salonu były jasne drzwi z okienkami, prowadzące do łazienki, o której Liv dowiedziała się jednak nieco później. Obok łazienki znajdowało się ostatnie pomieszczenie, ale jego środek pozostał jeszcze dla Liv niedostępny.
-Ślicznie tu-powiedziała Liv rozglądając się dookoła
-Dziękuję. Rozgość się, a ja zrobię coś do jedzenia- rudowłosa puściła do Liv oczko. Liv uśmiechnęła się i usiadła na krześle barowym, przyglądając się, jak gospodyni krząta się w kuchni. Po krótkiej chwili Rudowłosa podłożyła jej pachnący makaron z serem pod nos. Jadły w ciszy . Liv z chęcią rozpoczęłaby rozmowę, ale bała się, że w ten sposób może zaniedbać tutejsze obyczaje i wyjść na niemiłą i nieuprzejmą osobę. Gdy już zjadły, Fellan stwierdziła, że powinny już powoli szykować się do snu. Mimo tego, że zegarowa ściana wskazywała dopiero godzinę 22.00 to Liv czuła się bardzo zmęczona dzisiejszym dniem. Fellan sięgnęła do skrzyni imitującej stolik i wyciągnęła z niej ułożony schludnie stosik ubrań. Postawiła go na skrzyni.
-Usiądź wygodnie, a ja przygotuję ci kąpiel-powiedziała gospodyni wskazując gestem ręki kanapę, a gdy Liv chciała się przeciwstawić przyłożyła palec wskazujący do swoich warg, więc Liv wykonała jej polecenie. Po chwili ruda wyszła do łazienki.
-Słuchaj bo to ważne, a ja nie lubię się powtarzać-powiedziała spokojnie po powrocie -To miejsce znacznie różni się od świata, który znasz. Tutejsi wrogowie są znacznie silniejsi, niż ci się wydaje. Mam dla ciebie propozycję, na którą w sumie jak nie przystaniesz to zginiesz, ale wybór zawsze należy do ciebie. –Liv pokiwała głową. W tym geście widać było sporą niepewność, ale czego Fellan miałaby się spodziewać po dziewczynie, która pierwszy raz znajduje się w tym wymiarze.
-Zgadzam się. Chcę żyć.- odpowiedziała
-Dobrze. W takim razie dam ci kilka cennych lekcji, ale najpierw daj znać przyjaciółce, że bezpiecznie tu dotarłaś.-uśmiechnęła się rudowłosa, a Liv dopiero po dłuższej chwili skojarzyła fakty.
-Może poszukam tego eliksiru w twoim plecaku?-spytała
-Jasne-odpowiedziała bez zastanowienia Liv
-To ty idź się odświeżyć- powiedziała Fellan podając jej ubrania ze „stolika”, a Liv poszła przed siebie do drewnianych drzwi. Pociągnęła za klamkę, a jej oczom ukazała się naprawdę piękna łazienka, której płytki na ścianach przypominały cegiełki w beżowych barwach. Podłogę wyścielały białe kafelki. Na przeciwko drzwi zobaczyła umywalkę, której obie strony zakrywały blaty. Na blatach ułożone były przeróżne przedmioty do higieny. W prawym rogu stała wanna, a zaraz obok niej dwa ręczniki wiszące elegancko na haczykach. Postawiła stosik ubrań na białym blacie i wskoczyła do wanny, w której znajdowała się pięknie pachnąca piana. Po stresującym dniu Liv z chęcią oddała się chwili cudownego relaksu.
Po odbytej kąpieli wzięła ubrania przyszykowane przez Fellan i wysuszywszy się jednym z ręczników, ubrała piżamę, którą okazały się być pudrowo-różowe szorty i biała bluzka. Wyszła i skierowana przez rudowłosą otworzyła pierwsze drzwi na prawo od wyjścia z łazienki. To był chyba najjaśniejszy pokój w całym mieszkanku. Miał kształt kanciastej łezki. Na wprost stała oświetlająca wnetrze lampa stojąca, a zaraz przed nią lekko tłumiący jasność stolik nocny . Po jego dwóch stronach stały oparte o ścianę dwa łóżka. Pokój pewnie wydawał się taki jasny, dzięki jasnemu odcieniowi paneli i kremowej tapecie na ścianie. Po chwili do pokoju weszła Fellan. Podała Olivii fiolkę z błękitnym płynem.
-Gdy się położysz wypij do dna- podała jasną instrukcję, po czym zajęła łóżko po prawej stronie. Po szczelnym okryciu się kołdrą Liv wykonała polecenie Fellan i wypiła miksturę. Na efekty nie musiała długo ,czekać. Odpłynęła w krainę snów…
-Liv!-usłyszała swoje imię wydobywające się z ust jej przyjaciółki. W tych słowach było tyle radości i ulgi, że Liv poczuła się naprawdę szczęśliwa, ale rozpoznawszy rozmówcę posmutniała.
-Eavy? Co się stało?-spytała smutna i trochę zła
-Spokojnie. Najważniejsze jest to, abyś trochę się podszkoliła zanim wyruszysz w teren.
-Ale kto to ten Hetgaf? On ci coś zrobił?
-Na razie nie, ale są złe wieści. Porwał Fallon.-na tę wiadomość Liv, aż zesztywniała
-Co mam zrobić?
-Na razie musisz się trochę podszkolić. Pamiętasz I zasadę ratowania życia?
-Martwy ratownik, to żaden ratownik-wyrecytowała Liv
-Dokładnie-Pochwaliła ją przyjaciółka.-Więc szkól się, a potem zobaczymy. Skontaktuj się ze mną za tydzień. Tyle powinno wystarczyć na początkowe szkolenia. –po tych słowach rozejrzała się nerwowo wokół siebie.- Przepraszam, ale nie mam za dużo czasu, więc muszę kończyć. Widzimy się za tydzień. NIE DAJ SIĘ ZŁAPAĆ, DOBRZE? Dobranoc.-powiedziała przyjaciółka, po czym jej twarz, jak i cała sylwetka się rozmazała, a Liv została sama z plątaniną myśli. Dopiero teraz rozejrzała się wokół. To się chyba nazywa świadomym snem. Stała na klifie. Gdzieś w oddali słyszała szum wody. To musiał być wodospad. Poszła w jego kierunku. Szum wody sprawił, że była bardziej odprężona. Przycupnęła na kamieniu i oddała się myślom.