niedziela, 12 maja 2019

RozdziałXII Rocznica

Wstał. Spojrzał na zegarek. Stresował się strasznie, ale w sumie kiedy jak nie dzisiaj. Bał się, że zrobi coś, czego nie powinien. Z Jeffem i Chace umówili się co do wszystkiego. Specjalnie nawet wziął wolne od pracy zarówno w imieniu swoim, jak i Maily. Rozejrzał się po sypialni. Jeff się wywiązał. Na stoliku nocnym leżały piękne róże. Podczołgał się do nich, a Maily się przebudziła.
-Dzień dobry kochanie-Otworzyła oczy.
-Dzień dobry-powiedziała i uśmiechnęła się szerzej, niż nigdy dotąd
-Na wstępie mam pytanie-oświadczył William. Był bardzo spięty i choćby bardzo mocno chciał nie udawało mu się tego stłumić
-Czy jeden długi  prysznic jest równy dwóm zwykłym?-Spytał. Dalej był spięty, ale wierzył, że to niedługo minie. Dał dziewczynie kwiaty. Ta zaś odebrał je i postawiła spowrotem na stoliku nocnym.
-Przypomnij mi potem, żebym je wstawiła do wody, dobrze?- Powiedziała po czym pociągnęła Willego do łazienki.
***
Pod prysznicem siedzieli chyba z półtorej godziny. William był okrutnym materialistą. Na samą myśl czego jest w stanie się dopuścić, żeby tylko dowiedzieć się kilku informacji o sobie samym robiło mu się słabo. To nie tak, że jej nie kochał. Wręcz przeciwnie. Czuł się przy niej bardzo swobodnie, mógł się przed nią spokojnie otworzyć i powiedzieć to, co mu leży na sercu, ale miał inne priorytety. Tak naprawdę nie chodziło mu tylko o udaną rocznicę nawiązującą do początku ich związku. Liczył w dużej mierze na to, że jego dziewczyna napomknie mu coś więcej o jego życiu. Wiedział już naprawdę dużo. Wszystko w końcu układało się w jakąś logiczną całość . To wszystko przestało być w dużej  mierze  już tak bardzo zagmatwane, ale taka okazja na odzyskanie swojego starego życia była jedyna w swoim rodzaju. Usiedli przy stole, a przed nimi sterta naleśników. Widać Chace jest w tym naprawdę dobra. Według planu powinna teraz być na randce z Jeffem. Poprosił ich żeby udostępnili im dom, poza tym  tej dziewczynie się to należało. Całe dnie spędza w domu. Od tych trzech dni dalej nie zrozumiał co działo się tego pierwszego dnia, kiedy tutaj się zjawił. Wszędzie było szkło, porozbijane butelki, pobity facet na łóżku. To było zupełnie odległe od teraźniejszej „wersji” tych ludzi. Wydawali się naprawdę porządni, co zupełnie nie pasowało do nieładu jaki tam zastał. To nie dawało mu spokoju, ale teraz musiał wrócić do teraźniejszości. Chwycił talerz i rozłożył na nim jednego naleśnika. Naładował go dodatkami wystawionymi w małych miseczkach przed nimi. Był bardzo głodny, zupełnie jakby ktoś zamknął go w piwnicy i głodził przez tydzień. Do środka zdołał wpakować ćwiartkę brzoskwini, jabłka, pół banana, a na koniec jeszcze  z dziesięć winogron. Sam nie wiedział jak on to tam zmieścił. Pałaszowali razem jak wygłodniałe lwy. Gdy już skończyli, Maily zaczęła opowiadać.
-Pamiętasz jak się poznaliśmy?-Spytała retorycznie- Włóczyłeś się po okolicy z Jeffem i resztą twojej paczki. Moja mama zrobił wtedy naleśniki i miałyśmy plany żeby  zjeść na świeżym powietrzu,a wy akurat przechodziliście-Roześmiała się serdecznie a William razem z nią- Jadłeś wtedy tak szybko, że dostałeś czkawki. Musiałam iść po wodę dla ciebie bo mama mi kazała. Po tym Cię znienawidziłam-Dokończyła historię cały czas ledwie hamując śmiech.
-Przykro mi, jestem na to zbyt uroczy- Stwierdził Will żartobliwie
-Bynajmniej, bo zeszliśmy się niecały miesiąc później- powiedziała przez śmiech.-Hej, mam pomysł. Tylko zawczasu musisz powiedzieć,że się zgadzasz-odparła.
-W porządku. Nie zrobiłabyś mi niczego okropnego w moje urodziny. Prawda?-spytał nieufnie
-Ja? W życiu! -Powiedziała tajemniczo  i wybiegła z domu. William popędził za nią. Biegli przez pola, lasy i łąki, aż w końcu wpadli  do sadu. 
-Pamiętasz ten sad?-Spytała dziewczyna spinając włosy.-To sad moich rodziców. Ganialiśmy się tu kiedyś. Pamiętam jak Cię lubili-tu posmutniała na chwilę-Biegaliśmy tu w dzień, w którym się z nimi pokłóciłam.-posmutniała jeszcze mocniej. Willowi zrobiło się jej żal, więc podbiegł i ją przytulił.-BEREK-Krzyknęła mocno ucieszona z udanej wkrętki dziewczyna. Oszołomiony Will przez chwilę nie miał pojęcia co się wokół ich dzieje. Zaraz jednak opamiętał się i pobiegł za dziewczyną błądząc wśród sadu. Ganiali się tak przez kolejne kilka godzin. Will nawet nie wiedział, że tak się da. W końcu  położyli się pośrodku i mocno dysząc stwierdzili, że udadzą się coś zjeść. Teraz pałeczkę przejęła Maily. Z okazji jego urodzin zaprowadziła go do restauracji. Gadała za dwoje. Cały czas dowiadywał się coraz więcej i więcej. Martwiło go jednak to, że nadal niczego sobie nie przypominał. Niby teraz wszystko w jego głowie układało się w logiczną całość, ale to dosyć nie prawdopodobne żeby mimo wszystko nadal niczego nie pamiętał. Był nadal zagubiony w tym świecie.Co prawda Maily częstowała go urywkami od 14 roku życia do teraz. Co działo się wcześniej? Gdzie są jego rodzice? Dlaczego o nich Maily nigdy nie wspomniała? Zważając na jego charakter powinni być dosyć charakterystyczni. Po kimś swoją drogą musiał to wszystko odziedziczyć. Gdy tak siedzieli w knajpce gdzie zazwyczaj Maily pracowała (chyba to była ta knajpka), Will zauważył, że Maily przestała mówić. Czyżby skończyły jej się opowieści? Rozejrzała się nerwowo.
-Coś nie tak? -Spytał zdezorientowany William
-Nie słuchasz mnie-stwierdziła pewnie dziewczyna. Tu miała trochę racji. Will zgłębił się za bardzo myśląc o swoich przodkach. Musiał jakoś uspokoić sytuację
-Co? Oczywiście że słucham-ale widział ten wzrok Maily, więc zaraz dodał -przepraszam zamyśliłem się
-Tak?, a nad czym tak rozmyślasz?-spytała wyzywająco. Will już miał pełną świadomość, że wpadł jak śliwka w kompot. Nie potrafił wymyślić nic innego więc postawił na klasyk
-Zastanawiałem się, jak to możliwe, że przetrwaliśmy całe cztery lata. Z pozoru jesteśmy tak różni, a jednak. Dopełniamy się bezkonkurencyjnie-Uśmiechnął się , a ona też. Chyba połknęła haczyk. To nadal było smutne, bo wiedział, że mówi to wszystko tylko po to, żeby kontynuowała opowieści. Tak się jednak nie stało, bo kelner w tej samej chwili przyniósł im zamówienia. Wyglądały naprawdę dobrze. Co prawda postawili na zwykłą pizze, bo z opowieści wynikało, że to z ta potrawą wiązało się najwięcej przygód, ale wyglądała naprawdę dobrze. Wszystkie składniki ułożone były bardzo starannie w równych odstępach od siebie. Doszli do wniosku że układać je musiał jakiś pedant lub pedantka. Zabrali się do jedzenia. Po tym bieganiu byli bardzo głodni, więc wspólnie doszli do wniosku, że przydałaby się jeszcze jedna. Teoretycznie maily zaproponowała to żartobliwie, ale Will z przyjemnością przystanął na tę propozycję.  Po obiedzie wybrali się na spacer. Teraz pałeczkę przejął Will a raczej Jeff . Szli ścieżką przy blasku księżyca. Nie miał zegarka ale po słońcu (a raczej jego braku) wywnioskował , że był wieczór lub noc. Co chwilę mijali piękne krajobrazy, które Will próbował sobie wcześniej tylko wyobrazić. Teraz mógł to wszystko podziwiać na własne oczy. Gdy Maily opowiadała mu o tych wszystkich sceneriach, wydawały się tak bardzo dalekie i nierealne ale jak widać są przeświadczenia, które łatwo poddają się zmianom. Na przykład, gdy Will słuchał o polanie płaczących wierzb, myślał raczej o pewnym gatunku drzewa, który z jakiegoś powodu przejaśniał się w jego głowie. Zamiast tego Dostał drzewa, które były bardzo niziutkie. Plastyczne gałązki opadały co prawda w dół, ale same sęki/sama kora układała się z jednej strony drzewa, w rysy jakiejś osoby, która płakała. To było naprawdę osobliwe i nie podobało mu się tu. Maily wręcz przeciwnie. Była wniebowzięta całą tą sytuacją. Przyglądała się „główkom” drzew z takim oddaniem i zaangażowaniem ,że Williamowi aż robiło się niedobrze. Szli tak przez dłuższą chwilkę do czasu, aż zauważyli jezioro. Uff. Poczuł ulgę. Z jednej strony, że już wyjdą z „gaju płaczących wierzb”, który niezbyt przypadł mu do gustu, a z drugiej bo miał pewność, że Jeff nie nawalił i przygotował to, o na co się zobowiązał. Will jeszcze bardziej poczuł, że może zaufać temu chłopakowi. Tuż obok błyszczącego jeziora leżał sobie rozwinięty, kolorowy kocyk. Wyglądał na bardzo puszysty, a na nim stał wiklinowy koszyczek. Podeszli. W środku znalazł czerwone wino rozlane na dwa kieliszki. Kieliszki były naprawdę ładne. Perfekcyjnie przezroczyste, bez ani jednaj smugi i z wieloma ozdobnikami w postaci lustrzanych  rombów i gwiazdek. Usiedli, zaczęli pić wino. Było bardzo romantycznie. Kieliszki przybliżone do siebie zastukały wesoło informując o zderzeniu się, co oznaczało toast, a Maily powiedziała
-Abyśmy na zawsze byli razem-po czym uśmiechnęła się. Will odwzajemnił uśmiech. Kieliszek coraz bardziej zbliżał się do jego ust. Gdy tylko czerwony płyn musnął jego warg…zrozumiał. Coś było nie tak. To nie była osoba, którą kochał. Dziewczyna która była jego miłością była daleko.Pamiętał tylko jej głos. Był słodki, kojący i kojarzył mu się z bezpieczeństwem. Ciepły i czuły, ale jednocześnie pewny. Dosyć niski, ale bardzo namiętny i kobiecy. Rozmarzył się i odpłynął na moment. Jak to się stało że przypomniał sobie coś takiego?  Był szczęśliwy. W końcu coś sobie przypomniał, ale…co się tutaj działo? Kolejne pytania. Musiał jakoś się stąd wydostać. Wyswobodzić od NIEJ.
- Kurczę, głowa mnie rozbolała. Przepraszam, ale czy moglibyśmy już wracać?- W głowie nie brzmiało to tak sucho, ale trudno. Bardziej myślał o głosie. Czy jest możliwe, żeby pamiętał tylko taki szczegół? Nic więcej? Dziewczyna nie miała nic przeciwko, więc pokierowali się prosto do chatki. Drogę przebyli w milczeniu. Will cały czas bił się z myślami. BEZNADZIEJA. Dopiero co wszystko zaczęło się układać, a tu jeden dzień i znowu jest w punkcie wyjścia. Nie łudził się, że tej nocy spokojnie zaśnie…

sobota, 6 kwietnia 2019

Rozdział X Rodzinka

Obudziła się. Spojrzał na zegarek. Była godzina 4.00 nad ranem. Rozejrzał się dookoła. Na łóżku obok niego spokojnie oddychała Maily. Ta dziewczyna była zupełnie inna niż on. W sumie nie wiedział jaki był przedtem bo wspomnienia jeszcze nie wróciły ale czul to podświadomie po reakcjach swojego ciała. To naprawdę zadziwiające jak dużo o sobie można się dowiedzieć patrząc na własne instynktowne zachowania. Jednak nadal nie był w stanie sobie przypomnieć co łączy go z tą dziewczyną. Patrzył na nią w skupieniu. Szukał czegokolwiek co by mu o niej przypomniało. Jakiejś blizny, zmarszczki, znamienia itd ale nic.Położył się obok niej. Poleżał pięć minut, dziesięć, piętnaście i nic. Już nie zaśnie. Postanowił się przewietrzyć.  Wstał z łóżka najciszej jak tylko potrafił ale i tak strasznie zaskrzypiało.
- Kochanie, zostań jeszcze trochę-Wymruczała dziewczyna
-Śpij-odpowiedział jej kojąco-zaraz przyjdę.
- Czyżbyś chciał dziś iść biegać beze mnie?-Maily szybko się podniosła i spojrzała na niego figlarnie.
-Ja? Bez Ciebie? Nigdy-Odpowiedział pewnie. Cała pewność siebie poszła aby wypowiedzieć te słowa. Dopisał do swojego "notatnika" w myślach "codziennie rano biega". Spojrzał na swoje ciało. No rzeczywiście. Było całkiem wyrzeźbione. Patrząc po barkach  musiał też chodzić na siłownię, albo biegać z Maily na rękach. Gdy tak się po sobie rozglądał nie zauważył że na niego patrzy jego dziewczyna wyraźnie zirytowana.
-Taaaak jesteś cudny- Odparła po chwili a Will zaczerwienił się. To musiało wyglądać dziwnie.
-Idziemy pod prysznic?-Spytała jak gdyby nigdy nic. "Idziemy". Oznaczało to, że razem chodzili pod prysznic.Może to było dla nich normalne ale teraz dziwnie by się czuł będąc z nią pod jednym prysznicem.
-Ja byłem wczoraj, idź sama-Odparł
-W porządku, ale w takim razie jesteś mi winny prysznic-Odpowiedziała flirciarsko
-Niewątpliwie-Odpowiedział w podobnym tonie po czym oboje lekko się zaśmiali, a Maily zniknęła za drzwiami.
Został sam w pokoju. Ubrał się na sportowo. Dresy, T-shirt, buty i rozpinana  bluza. wszystko czarno-szare. Wyszedł z sypialni. Jeff jeszcze smacznie sobie chrapał a Chace krzątała się w kuchni tworząc jakieś kulinarne dzieło.
-Mmmmmm, jak pięknie pachnie- Uśmiechnął się Will, po czym podszedł do szatynki, która na talerzach ustawiała tosty i poczochrał po jeszcze nie ułożonych włosach.
-Dzięki Willy- Powiedziała dziewczyna po czym gestem zaprosiła go do stołu. Usiadł a zaraz znalazł się przed nim talerz pełen tostów z szynką i z serem a po jego prawej ręce szklanka z herbatą. Za chwilką dołączyła do niego także Maily. Wyszła z łazienki, podeszła do Chace, potem zajęła miejsce obok Williama i pocałowała go. Nic specjalnego, prawda? Dziewczyna całuje swojego chłopaka na powitanie, a jednak Will czuł się bardziej zagubiony, bo podczas tego pocałunku nic nie poczuł. Żadnych motyli w brzuchu, ekscytacji, miłości. Nic. Pod stołem położyła swoją dłoń na jego udzie. Ile czasu byli razem ,że dla niej to tak oczywiste, że czuje się tak swobodnie wpychając język do jego buzi albo kładąc rękę na jego udzie w towarzystwie innych osób. I ile czasu mieszkają we 4? Co ich tak naprawdę łączy? Skąd się znają? Zazwyczaj w takich sytuacjach te 2 dziewczyny są przyjaciółkami a tych 2 facetów dobrymi kumplami. Postanowił więc albo zasymulować chorobę i poszukać czegoś, w domu co może wskazało mu jakąś drogę do przeszłości, albo zagadać do Jeffa. Ta druga opcja wydawała mu się bardziej logiczna bo z jego wspomnieniami naprawdę było krucho więc pewnie znowu zapomniałyby się uruchomić, a i zupełnie nie wiedziałby o tajnych skrytkach tego domu.(nawet nie wiedział gdzie jest JEGO sypialnia). Gdy tak rozmyślał nie zauważył że Chace zdążyła obudzić Jeffa, który ubrał się i teraz z uśmiechem i w świeżych ubraniach siedział na krześle jak pan i władca tego domu.
-Zaczynajmy więc-Jego głęboki głos zabrzmiał jakby co najmniej rozpoczynał jakąś uroczystą biesiadę.
***
Po biegach chciał jakoś zagadać do Jeffa, ale nie wiedział jak. Ten jednak jakby wyczuł wibracje skierowane w jego stronę i sam podszedł.
-Siema Wii, co ci jest?- Spytał luzacko
-Aż tak widać?
-No coś od wczoraj słabo z tobą. Powiesz o co chodzi? Coś z Maily?
-Nie, z nią wszystko w porządku, gorzej ze mną. Nie mam pojęcia co ostatnio się ze mną dzieje-Poczuł, że może mu zaufać- Wszystkiego zapominam. Mógłbyś mi coś o mnie opowiedzieć?
-Jeff spojrzał na niego jak na głupka, ale widząc minę Williama przekonał się że nie kantuje i zaczął opowiadać: Masz na imię William-Zaczął więc żartobliwie.- Za dwa dni kończysz 18 lat. Masz dziewczynę, która nazywa się Maily. Znasz ja od jakiś 5 lat. A właśnie, za dwa dni macie chyba czwartą rocznice, nie spieprz tego. Jest super dziewczyną. Na ogół jesteście nierozłączni.-William tylko kiwał niepewnie głową próbując przypomnieć sobie to wszystko. Bez skutku jednak.
-A ty i Chace? Jak długo jesteście parą?-Spytał w końcu, a Jeff się uśmiechną
-Nie żartuj, to wy nas poznaliście ze sobą-Will podrapał się po głowie z niezręczności.-Znamy się od dwóch lat. Od roku jesteśmy razem. Jakby co, my znamy się od  12 lat. -Uderzył go w bark, a potem przez chwilę się zamyślił-Japier...jacy już jesteśmy starzy.-Powiedział w końcu ze swoim markowym uśmiechem.-I co? Coś ci już świta? -Spytał wyczekująco Jeff
-Tak, nareszcie cokolwiek mi się przypomina-Powiedział to radośnie i z przekonaniem, a Jeff odszedł.To była ulga. Nie musiał już udawać. Tak naprawdę nie rozjaśniło mu się ZUPEŁNIE NIC.
***

Dzień potoczył się spokojnie. Will dowiedział się, że ma pracę. Jest trenerem biegów (pomaga motywować ludzi) i dorabia w oddalonej o 1km od ich domku kawiarni. W tym drugim miejscu pracują razem z Maily. Chace zazwyczaj zostaje w domu. Widać, że razem z Jeffem mają dość poukładane "staromodne" życie. Według ich ideologii, kobieta całymi dniami siedzi w domu. Sprząta, gotuje itd. Jest uległa i bardzo ciepła, gościnna i uprzejma. Mężczyzna  za to jest silny, nie znosi sprzeciwień i jest samcem alfa. Zarabia na całą rodzinę. Łatwo było wyobrazić ich sobie za dwa, pięć a nawet i dziesięć lat. William i Maily? Zupełnie coś innego. Po zachowaniu jego partnerki widać było że często świntuszyli. Kochali się. Widać było to w jej oczach. W tym, jak na niego patrzyła. Nikt inny tak na niego nie patrzył. Zawsze z uczuciem i pożądaniem. Niekiedy go to krępowało, ale co miał zrobić? Widział jak bardzo ta dziewczyna jest w nim zakochana.
Następnego dnia doświadczył podobnej rutyny. Pobudka u boku   swojej ukochanej, potem delikatna sprzeczka (znowu o prysznic). Następnym krokiem było ubranie się. Poszedł na śniadanie gdzie znów ujrzał Chace. Tym razem Maily zawołała go z łazienki, aby tam przyszedł. Poszedł tam pełen obaw, ale potem przekonał się, że niepotrzebnie. Wszedł do łazienki. Wokół niego zgromadziło się wiele pary. Roześmiał się. Zobaczył Maily stojącą w samym ręczniku przed lustrem. Trochę się spiął. Poprosiła go, żeby rozczesał jej kołtuna. Posłusznie i z uśmiechem wykonał polecenie.
-Dziękuję skarbie- powiedziała, po czym przyssała się do niego. Poczuł ulgę. I to nie z powodu, że  jego wybranka okazała się dobrze całować (chociaż to też było prawdą), ale dlatego, że poczuł w brzuchu motyle. Poczuł, że kocha tę dziewczynę i że wszystko wróci niedługo do normy, bo przecież ma JĄ. On wyszedł a dziewczyna ubrała się. Pamiętał, że w tylko jednej sytuacji w swoim życiu na jego twarzy gościł tak wielki uśmiech, ale nie pamiętał w jakiej i szczerze teraz nie do końca go to obchodziło. Przyszli na śniadanie, po którym ubrał się w dres i poszedł do pracy. Wrócił na obiad, a potem udali się razem z Maily do kawiarni (kiedy on pracował jako trener, ona jako kelnerka w pobliskiej restauracji) pracować. Ta praca była o niebo przyjemniejsza niż ta, z napalonymi na zwycięstwa  w biegach lub z tłustymi ludźmi chcącymi schudnąć. Lubił tamtą pracę, ale to w tej widywał się z najważniejszą osobą w swoim życiu.  Pracowali aż do zamknięcia kawiarni. Gdy okazało się, że zostało jeszcze kilka ciastek, które  już jutro nie będą nadawały się do zjedzenia (a na ostatnią zmianę pracowali tylko oni we dwójkę) po skonsultowaniu się z szefową, która okazała się naprawdę bardzo miłą kobietą, zapakowali je i zabrali do domku. Gdy szli do domu rozmawiali bardzo swobodnie. Musieli rozmawiać ze sobą bardzo często. Maily wiedziała o nim tak wiele… Zaczęła mu opowiadać jak się poznali, że gdy szli tędy którejś nocy po pracy, że kazał jej usiąść przy jeziorku, które było teraz bardzo widoczne był tam już ustawiony kocyk w czerwoną kratę z dwoma kieliszkami pełnymi czerwonego wina. Podobno było bardzo romantycznie. Wziął ją za rękę i pocałował a potem spytał, czy zostanie jego dziewczyną. W końcu zrozumiał
-Kochanie, nie musisz…ja naprawdę pamiętam o jutrzejszym święcie- Powiedział  widocznie rozbawiony, a Maily się zaczerwieniła.
-Chyba znasz mnie zbyt dobrze- Powiedziała przyłapana na gorącym uczynku. William wziął w jednej chwili ujął jej talię, przytulił i pocałował najczulej jak potrafił. Ahhh dlaczego nie pamiętał tej chwili nad jeziorem? Ile by dał, aby przeżyć to jeszcze raz? Tylko bez zapomnienia? To mu podsunęło pewien pomysł. Trwali tak przez jakiś czas a gdy już się od siebie odkleili obustronnie stwierdzili, że już najwyższy czas wracać. Gdy  przynieśli słodkości do domu, pozostali domownicy z zapałem pałaszowali ciastka. William był jednak zmęczony. Poszedł więc pod prysznic, a potem do sypialni chcąc zaplanować jutrzejszy dzień




czwartek, 21 marca 2019

Rozdział VIII- "Nowy"


Otworzył oczy. Złapał oddech. Żyje. Kto? Nie ma pojęcia. Jest zagubiony. Bez imienia, bez nazwiska i bez przyjaciół. Jest jak wydmuszka, wyrzucona obok jakiejś góry. Porzucone ciało. Bez planów, marzeń i wspomnień. Nic nie wie. W głowie ma więcej pytań niż odpowiedzi. Tak naprawdę, to nie ma żadnych odpowiedzi. Co się z nim stało? Wyczyścili mu pamięć? Spogląda po sobie. Ubrany jest w czarne spodnie i koszulkę tego samego koloru. Na wierzch ma narzuconą koszulę w czarno-zieloną kratę. Kim jest? To się jeszcze okaże. Bardziej trafnym pytaniem byłoby chyba zdanie: "Kim był?" Chociaż, czy to ma teraz jakieś znaczenie? Jego ciało wskazywało na wiek około 16/17 lat, więc musiał mieć jakąś przeszłość. Teraz, jednak tej przeszłości nie ma. Była jednak dziewczyna. Biegła właśnie do niego, w kierunku jedynego paska zieleni jaki mógł zobaczyć. Musiał przyznać, że była naprawdę ładna. Krótkie, ciemnobrązowe i lekko pokręcone na końcach włosy, założone częściowo za ucho, delikatnie falowały na wietrze. Na twarzy widniał serdeczny uśmiech, uformowany z pięknych, soczystych, różowawych warg. Dziewczyna biegła bardzo szybko i w mgnieniu oka stanęła obok niego.
-William! -powiedziała, wtulając się w niego.
On jednak tylko uśmiechnął się. Nie wiedział, jak powinien nazwać dziewczynę, niepewnie przytulił ją. Nie miał pojęcia, jak się powinien zachować w zaistniałej sytuacji. Powiedzieć jej? A może to ktoś bardzo mu bliski i uraziłoby ją pytanie w stylu: „Kim jesteś?” albo „Jak masz na imię?” Po tym, jak dziewczyna oderwała się od niego, chciał sobie zrobić więcej miejsca (przestrzeni osobistej), więc zrobił niewielki kroczek do tyłu. Nie pomyślał jednak o fakcie, iż stał na krawędzi urwiska. Zachwiał się, kamienie spod jego butów zsunęły się i spadły w dół, a on spadłby razem z nimi, gdyby brunetka nie przytrzymała go za rękę.
-Dziękuję-powiedział tylko będąc w szoku, że Nieznajoma dla niego dziewczyna właśnie go uratowała (To znaczy dla niego nieznajoma).
- Nie ma problemu- zapewniła go, odgarniając włosy
Miała piękną twarz. Idealnie okrągłe, ciemne oczy, nieskazitelną cerę i rumiane policzki.
-A teraz lepiej wracajmy, bo reszta zauważy, że się urwaliśmy- powiedziała wesoło ujmując jego dłoń.
Szli ścieżynką pomiędzy skalistymi szczytami. Dziewczyna bardzo sprawnie poruszała się wśród tych ruin, a on sam czuł się przy niej jak słoń. Nieustannie potykał się, a nawet upadł kilka razy. Czarnowłosa jednak zupełnie nie zwracała na to uwagi. Brnęła, radośnie ciągnąc za sobą biednego i zdezorientowanego chłopca, który nie potrafił zgrabnie, jak ona omijać krzaków, które rosły obok ścieżki. Po piętnastym skrzyżowaniu zupełnie nie wiedział, gdzie się właściwie znajduje. Był teraz zdany wyłącznie na jej łaskę. Ale była też i druga strona medalu. Cały czas szacował w głowie, co już wie (tego było niewiele) oraz to, jakie informacje są mu potrzebne po to, żeby tu przeżyć. Szukał w pamięci imienia czarnowłosej. Na próżno. Przecież jej zachowanie wskazywało na to, że świetnie się znali. Byli co najmniej dobrymi przyjaciółmi. Więc jak może jej nie znać?! Ustalił sobie fakty:
1.Nazywa się William;
2. Chyba zna osobę, na której łaskę jest teraz tak naprawdę zdany;
3. Mają chyba coś w rodzaju paczki (pozostawała jeszcze możliwość, że dziewczyna jest chora psychicznie i tak naprawdę uroiła sobie to wszystko i mówiąc, że "RESZTA zauważy" miała na myśli gromadkę żuków gnojarzy na polance, które codziennie wypasała ).
Parsknął pod nosem, a dziewczyna na niego spojrzała. Przewierciła go spojrzeniem, a potem wróciła do szarpania go za rękę, w celu przeprowadzenia przez ścieżkę, która wydawała się nie mieć końca. Ehhh... jak nisko upadł. Śmiał się z własnych teorii spiskowych, które były idiotyczne i nawet nie zabawne, więc postanowił więcej nie rozmyślać. Wyszli zza skał i William mógł w końcu zobaczyć jakąkolwiek część roślinności. Co prawda była to tylko trawa, ale bardzo go to ucieszyło. Dziewczyna widząc to zachichotała
-Czy ty zachwycasz się trawą Willi?-spytała z wyraźnym rozbawieniem w głosie, a Williamowi zrobiło się głupio. To musiało wyglądać naprawdę zabawnie. Sam zaśmiał się z siebie.
Szli coraz większym pasem zieleni po jednej i drugiej stronie. Po kilku kolejnych skrętach w prawo i w lewo doszli do dosyć rozległego drzewa. Było ono naprawdę wysokie. Wyglądało trochę, jakby ktoś ulepił je z gliny albo ze stwardniałej ziemi. Aż zastanawiał się, czy ono w ogóle żyje. Jego liście przypominały liście paprotników. Jeden liść składał się jakby z osobnej łodygi, z której kolejno wyrastały liście paprocio-podobne. Były jasnozielone. Wszystko tam było  ponure, ale może tylko mu się tak wydawało. Drzewo zdawało się być puste w środku.
-Zamknij oczy-powiedziała ciągle wesolutka i uprzejmie uśmiechająca się dziewczyna.
William był trochę niepewny tego pomysłu, więc po prostu stał, jednak dziewczyna również nie dawała za wygraną. Stała dalej dumnie wyprostowana, jakby czekała na jego ruch. William szybko zrozumiał, że tylko od jego postawy zależy teraz to, czy przejdzie dalej, czy potencjalna kandydatka do zadawania pytań o jego przeszłość pójdzie bez niego. Zdecydował się więc na tę drugą opcję. Zamknął oczy. Nie bał się, bo dziewczyna nadal trzymała go za rękę. To było naprawdę nierozsądne, że zaufał nowo poznanej dziewczynie. Od razu skarcił się za to w myślach, ale nie miał innego wyboru. Musiał dowiedzieć się czegoś o sobie, albo osobie, w której ciele się znajduje. Dziewczyna delikatnie pociągnęła go za rękę,dając mu tym samym znak, żeby się poruszył, a on bez stawiania oporu ruszył za nią. Nie minęły dwie minuty, kiedy dziewczyna powiedziała, że może już otworzyć oczy. Więc je otworzył. Nie miał pojęcia, gdzie był, ale ponieważ  nie chciał, by jego towarzyszka to wyczuła, uśmiechnął się tylko.
-To co? Ścigamy się?-spytała, przerywając ciszę.
-Jasne-starał się uspokoić. Ścigać się? Dokąd? Przecież nie wiedział, gdzie biec. Spojrzał na dziewczynę, a ona na niego i ruszyła pędem przed siebie. Trudno było ją dogonić. Czy lubił biegać? Nie wiedział, ale uczucie było bardzo przyjemne. Brnął przed siebie. Wokół niego czuł woń kwiatów. Chwila...skąd on wiedział jak pachną kwiaty? Trudno, teraz to nie było ważne. Musiał biec naprawdę szybko, aby dogonić towarzyszkę. Bał się zgubić ją z pola widzenia. Zatrzymali się na polance. Obok stała urocza chatka. Przez chwilę czuł się jak w bajce. Jasne drewno, z którego wykonany był budynek, pięknie mieniło się w blasku słońca. Okna zupełnie do niego nie pasowały. Jedno było wybite, a pozostałe brudne, zakurzone i poobwieszane pajęczynami. Firanki, początkowo były białe, to znaczy tak mu się wydawało, bo teraz ich odcień bardziej przypominał kolor szary. Były poszarpane, brudne, a niektóre może nawet zwęglone. W tym momencie czar chwili prysł. Usłyszał zgiełk ze środka. Przez rozbite okno zaczęły dochodzić krzyki, odgłosy stłuczonego szkła, bełkotu i rozlewanych napojów. Nie chciał tam wchodzić. Z reakcji jego ciała wynikało, że nie lubił, albo nawet bał się tych pijanych ludzi. Jego serce przyspieszyło, oddech spłyciał, a żołądek ze strachu zawiązał się w węzeł. Dziewczyna dalej przyglądała się mu z zaciekawieniem. Czy to możliwe, że kiedyś wchodził tam z przyjemnością? Wierzyć mu się w to nie chciało.
-To co, wchodzimy?-ponagliła go brązowowłosa.
Tak bardzo nie chciał tam wchodzić. Zrobiłby wszystko, żeby tylko nie musieć tego robić. Najpierw zaczął zagadywać ją na iście filozoficzne tematy, gdy to już ją znudziło, zaczął zachwycać się tymi krajobrazami, roślinność była cudowna, góry przepiękne, nagle całe chmury stały się najpiękniejszym miejscem. Poprosił ją o wspólne spojrzenie w nie, ale i to dosyć prędko jej się znudziło. Ostatnią deską ratunku było spojrzenie w niebo, jakby tam co najmniej smok szybował, ale niestety nie dała się na to nabrać. Chwyciła go za rękę i zawlekła do chatki. Otworzyła drzwi i ścisnęła jego dłoń tak, aby nie miał szansy się wyszarpać. Uścisk miała naprawdę mocny. Wepchnęła go do środka, a sama weszła z nim. William rozejrzał się dookoła. To miejsce delikatnie mówiąc nie przypadło mu do gustu. Już zaraz po wejściu uderzył go zapach brudu, jakby skondensować cały smród z  dworca centralnego do jednej chatki. Skąd wiedział, co to dworzec centralny i jak tam pachnie? Zapach uderzył go na tyle, że prawie upadł. Na szczęście skończyło się tylko na zachwianiu. Wyczuwał jeszcze dym papierosowy, ale zapach alkoholu mocno go przebijał. Gdy złapał już równowagę, zaczął delikatnie się rozglądać. Chciałby widzieć chociaż centymetr  podłogi, ale ta cała była zagracona butelkami. Po jego lewej stronie stał okrągły stół, przy którym stało pięć krzeseł. Dwa z nich były zajęte. Mężczyzna z prawie czarnymi włosami i oczami tej samej barwy, ubrany był w niezbyt wyszukane ciuchy. Zwykła szara koszula w kratę, z łatami na łokciach i spodnie ze skóry. Na nogach miał ciężkie, górskie buty. Nie wyglądałby źle, gdyby nie fakt, że wszystko było zabłocone i kleiło się od brudu. Mężczyzna wyglądał na niewiele starszego niż on. Will dałby mu około 23 lata. Skąd on wie jak wygląda 20-sto letni facet? Siedział oparty całym ciężarem o jedyne krzesło, które miało oparcie. Głowę miał wykrzywioną w tył i strasznie głośno chrapał, pokazując przy tym zęby. Były one w kolorze gwiazd…żółte. Obok niego siedziała kobieta. Też młoda, była około 20-stki. Była szatynką, a jej włosy spięte były w długi, gruby warkocz sięgający jej do pasa. Skądś kojarzył taką długość włosów, ale nie potrafił przypomnieć sobie skąd. Rozglądała się obłąkańczo swoimi szeroko otwartymi, szafirowymi oczami. Jej rzęsy co chwilę trzepotały ze strachem. Will miał ochotę do niej podejść, przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Skądś wiedział, że tak powinno się zrobić, ale strach przed obleśnym facetem siedzącym obok niej wygrał pojedynek. Zwrócił więc uwagę na pokój. Na stole widać było powypalane okręgi, jakby ktoś gasił na nich papierosy. Krzesła były w opłakanym stanie. Prawie żadne nie miało oparcia, poza tym odrapane drewno i poszarpane poduszki z nich walały się wszędzie. Odwrócił się bardziej na lewo. Była tam mała, zorganizowana kuchnia. Blaty wyglądałyby całkiem dobrze, gdyby nie walające się po nich rzeczy. Od naczyń, przez rzeczy służące do użytku kuchennego (np. rękawice do pieczenia), aż po ubrania, szczoteczki do zębów i buty. Chyba był pedantem, bo nie potrafił tam przebywać. Zaczął mocniej przyglądać się kuchni. Blaty zrobione były z ciemnego drewna. Uchwyty ich szafek najprawdopodobniej zostały wyrwane. W kącie stała lodówka, a zaraz obok niej piekarnik. Zaczął teraz przyglądać się zawartości kuchni. Na blatach, jak już wcześniej zauważył była masa nienależących do kuchni przedmiotów. Jeszcze bardziej przerażał go fakt, że wszystko przykryte było zieloną błoną przypominającą pleśń. Porastała blat tak gęsto, że musiał się zastanawiać, co jest pod tym pleśniowym płaszczykiem. Musiał odwrócić wzrok. Ten widok i zapach przyprawiały go o dreszcze. Zaraz obok, a naprzeciwko niego stało łóżko. Jak wszystko tutaj, było ono drewniane, odrapane i oczywiście prawie rozlatujące się. Na jego wierzchu był dosyć sprawny materac (myśląc sprawny miał na myśli, że sprężyny nie wystawały). Przykrywały go pościel i poduszka w kwiatki o kolorze brązowym i…mężczyzna. Wyglądało to źle. Łóżko było duże, a mężczyzna i tak zajmował całą powierzchnię materaca. Chłopak miał rozcięty łuk brwiowy i powoli zakrwawiał pościel. Will szybko odwrócił wzrok.
-Maily- wyszeptała dziewczyna siedząca na krześle, najwyraźniej nie chcąc zbudzić siedzącego obok mężczyzny. A więc Maily. Próbował sobie przypomnieć to imię, jednak nadal w głowie miał tylko pustkę.
-Hej Chace- odpowiedziała Maily. Było to dosyć głośne i chyba specjalnie tak było, bo chłopak siedzący na krześle oburzony wstał, a Maily wysłała do niego mściwy uśmiech i tylko rzuciła wygrana:„Dzień dobry Jeff”. Szatynka zachichotała. Will tylko stał i przyglądał się tej sytuacji. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Przedstawić się? Nie, to byłoby głupstwem. Z tego co widział w ich zachowaniach czuli się przy nim swobodnie, więc pewnie byli paczką. Stwierdził, że aby nie budzić podejrzeń włączy cię do rozmowy.
-A tego kto tak urządził-spytał żartobliwie pokazując na łóżko. Wszyscy parsknęli śmiechem. Teraz nawet on zaczął czuć się swobodnie. Nie był już jedynie obserwatorem, przynajmniej na te 30 sekund. Gdy wszyscy ucichli, odezwał się Jeff.
-Masz rację. Wypadałoby go gdzieś odstawić-odparł tonem pełnym dominacji. Z tego co zauważył, to raczej on był przywódcą tej gromadki. Rozejrzał się po pokoju i wydał polecenia.
-Ja, Chace i Maily zajmiemy się tym, a ty trochę tu ogarnij-zwrócił się do Williama tonem nieznoszącym sprzeciwu. Bał się nawet ruszyć i złapał się na tym, że wstrzymuje oddech. Pozostała trójka wzięła ciało i opuściła pomieszczenie, a Will został sam w chatce, którą miał posprzątać.
***
Dzień chylił się już ku zmrokowi, a William nadal był sam. Udało mu się już uprzątnąć prawie wszystko. Przy okazji znalazł też drzwi prowadzące do łazienki, która nie wiedzieć czemu, ale na szczęście był nieskazitelna. Liczył na to, że przy sprzątaniu natknie się na coś, co przypomniałoby mu o czymś miłym. Jakieś wspomnienie z tego miejsca. Przecież tu mieszkał, ale nic takiego nie znalazł. Teraz zbierał butelki z ziemi. To był już trzeci worek. Gdy skończył, przysiadł na łóżku. Było ono naprawdę ogromne i bał się, że wszyscy będą w nim spać. Wiedział, że on nie zmruży oka w zakrwawionej pościeli, ale zobaczymy. Siedział. Pięć minut, piętnaście, dwadzieścia i nic. Przyjaciele na pewno by się tak nie zachowali. Cały czas był przepełniony niepewnościami i pogrążony we własnych myślach. Nagle pytania „Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?” nabrały zupełnie nowego wymiaru. W końcu z ulgą stwierdził, że słyszy, jak ktoś ciągnie za klamkę i z jeszcze większą ulgą stwierdził, że to pozostali mieszkańcy tego domu. Pierwszy oczywiście wszedł przywódca. Rozejrzał się chyba szukając Williama, ale najpierw rozszerzył oczy ze zdziwienia. Na chwilę przestał się ruszać.
-To twoja sprawka?-spytał w końcu, ale Will był bardzo dumny z rezultatów swojego sprzątania. Wszyscy byli zaskoczeni i nie wierzyli, że to sprawka Willa. Dziewczyny zmieniły zakrwawioną pościel, a potem Maily do niego podeszła, chwyciła za rękę i powiedziała;
-Kochanie, jestem zmęczona, chodźmy już spać.-Will zesztywniał na te słowa. ”Kochanie”, czyli oni są parą. W takim razie dlaczego jej nie pamięta?
-Jasne-pocałował ją w czoło, aby nie budzić u niej podejrzeń, a ona ujęła jego rękę i powiodła przez drewniane drzwi, schowane lekko za regałem (zauważył je dopiero teraz, bo były bardzo dobrze zakamuflowane.). No tak. Wspólne łóżko. Obok stała szafa, do której na chwilę podeszła. Wyrzuciła mu na łóżko bokserki, a sama przebrała się w koszulę nocną.
-Idę jeszcze pod prysznic-odrzekł William. I pośpiesznie wyszedł z sypialni. Gorąca woda spływała po jego ciele, ale on i tak nie mógł opanować gonitwy myśli. W jego głowie kłębiło się mnóstwo pytań, którymi ciągle się zadręczał. Wyszedł spod prysznica, osuszył ciało, ubrał się w wyrzucone przedtem z komody bokserki i wrócił do sypialni. Maily spała. Całe szczęście. Przynajmniej nie będzie musiał trzymać w swoich ramionach kobiety, której nie zna. Jego plany jednak spełzły na niczym, bo gdy tylko wsunął się pod kołdrę dziewczyna przylgnęła do niego i wtuliła się, dając mu do zrozumienia, że nie zamierza go wypuścić z objęć. Will był zbyt zmęczony, aby spróbować się od niej wyswobodzić, więc od razu zasnął.

sobota, 16 marca 2019

Rozdział VII- "Camilla"




Obudziła się nad jeziorem. Słonko łagodnie muskało jej zabłoconą twarzyczkę. Nie wyobrażała sobie, jak bardzo brakowało jej tego słonecznego blasku. Wiatr delikatnie rozwiewał jej nieuczesane włosy.
 Sięgnęła do torby, która posłużyła jej jako poduszka. Przez chwilę nerwowo w niej grzebała.
-Uff- głośno wypuściła powietrze z ust czując ulgę.  Na szczęście w torbie była mała, turkusowa saszetka, która kryła w sobie opisane „sprzęty” zapewniające higienę. Wyciągnęła grzebyk. Przy pierwszej próbie uczesania włosów, utknął w jej kołtunach i już przed oczami Liv pojawił się straszny obraz jej obcinającej sobie włosy wplątane w grzebyk Na szczęście oswobodziła je i próbowała dalej rozczesywać niesforne, ubłocone kaskady. Gdy już się z nimi uporała splotła je w luźny warkocz, żeby nie plątały się, aż tak szybko. Podeszła do tafli, aby przemyć twarz.
 Nagle nad dnem dostrzegła ruch. Przeraziła się i to nie na żarty. Odskoczyła od wody tak nerwowo, że upadła na kamień. Okazało się, że się skaleczyła.  Rana zaczęła mocno krwawić, a Liv nie wiedziała co zrobić. Nadgarstek zaczął jej pulsować. Bała się widoku krwi. Musiała z całej siły skupić uwagę na czymś przyjemniejszym, aby nie zemdleć.  Z kursów pierwszej pomocy pamiętała, że ranę należ przemyć. Poszła więc w kierunku wody. Włożyła rękę po nadgarstek i syknęła z bólu. Woda była słona!


-Szlak!- syknęła zaraz po tym, jak poczuła niemożliwe do wytrzymania szczypanie, a w wodzie znowu coś się poruszyło. Zbiornik wodny był duży. Sięgał, aż po horyzont. Przy brzegu nie był głęboki, ale widać było, że po kilku metrach dno mocno opadało. Woda była krystalicznie czysta. 
Nad powierzchnią wystawało kilka dużych głazów.


-Halo?-spytała Liv niepewnie.
Oczywiście nikt jej nie odpowiedział. Zauważyła za to, że obok jednego głazu znajduje się głowa do połowy zanurzona w wodzie. Po chwili jednak, gdy nieznane stworzenie zorientowało się, że Liv patrzy dokładnie w jego kierunku, szybko schowało się pod taflę wodę. Tak pięknych włosów Liv chyba nie widziała w całym swoim życiu. Były koloru jasnego blondu. Przez ułamek sekundy dryfowały po powierzchni wody. W nie pozaplatane były lilie. Różowe, a wręcz amarantowe. Postać wynurzyła się teraz obok kamienia bliżej jej. Liv spojrzała na jej twarz. Cudne, błękitne oczy miały odcień, jakby niebo oddało im cały swój kolor. Pamiętała te oczy-takie same miał…Oh! Jej myśli wróciły do Davida. Z oczu popłynęły jej łzy. Po raz pierwszy płakała, gdy  ktoś mógł ją zobaczyć, ale Liv w ogóle to nie obchodziło. Przed oczami miała bruneta. Uśmiechnięty cały czas, co chwila poprawiający te niesforne, miękkie włosy. Zawsze opowiadał jakieś kawały, a teraz? Miała tyle pytań dotyczących samego jego, jak i reszty przyjaciół. Czy kiedykolwiek jeszcze ich zobaczy? Czy jej szukają? Pewnie tak.  A co jeśli została uznana za zmarłą i chociażby teraz trwa jej pogrzeb? Co ze szkołą? Miała tyle planów. A co jeśli to wszystko właśnie się skończyło?
W czasie, gdy Liv płakała istotka, która do niedawna ukrywała się za kamieniami, podpłynęła do niej. Widać było, że jej zaciekawienie wygrało ze strachem. Podpływała spokojnie. Trochę jakby walczyła z samą sobą, sprzeczając  się czy powinna zbliżyć się, czy też nie. Jednak mimo tego spokojnego, stopniowego podpływania, Liv nie zauważyła jej i gdy ujrzała twarzyczkę, gwałtownie odskoczyła.  Szybko otarła łzy i wstała. Spojrzała na nią, ale nieznanego stworzenia już tam nie było.
***
Nim się obejrzała nastał wieczór. Te wszystkie czynności, które zaplanowała zajęły jej cały dzień, ale oczywiście wszystko było wykonane idealnie. Wybrała sobie miejsce pod drzewem.  Jak dotąd nie miała tutaj do czynienia z żadnymi okropnymi stworzeniami, ani owadami, więc nie powinno być, aż tak źle. Szałas stał bez najmniejszych zastrzeżeń. Niby była to luźna i nieskomplikowana konstrukcja, ale jednak prezentowała się naprawdę urodziwie. Stelaż był zrobiony w wygiętych w łuk gałęzi drzew (drzewo samoistnie i biologicznie po prostu się przechylało tworząc taki właśnie jakby tunel), które dodatkowo Liv pokryła mchem, dodając jeszcze trochę leżących na ściółce patyków. Wszystko było niedaleko wody, aby mieć dobry punkt orientacyjny. Oprócz szałasu zajęła się także kuchnią polową. Kamienie wielkości zbliżonej do kurzego jajka ułożyła w okrąg i zbudowała stos zwany studnią. Oprócz tego we wnętrzu szałasu zrobiła sobie pryczę. Stworzyła ją z kilku patyków i sporej  ilości miękkiego mchu, który przykryła potem za pomocą suchego i ogromnego liścia drzewa, pod którym spała. -… A ‘propos drzewa bo to też jest kwestią ciekawą, było ono niskie. Miało zaledwie dwa metry wysokości. Jego gałęzie były miękkie i „plastyczne”- same uginały się pod ciężarem dużych liści. W dotyku liście były gąbczaste i miękkie. Wagę miały raczej niewielką i nie wolno pominąć faktu, że miały prześliczne kolory. Każdy liść był jednobarwny, ale odcienie ich były tak zróżnicowane, że dopełniały się w naprawdę piękny wachlarz barw od jasnożółtej, przez wszystkie odcienie zieleni kończąc na bardzo ciemnozielonym podchodzącym nawet trochę pod turkus. Jeśli chodzi o ich położenie i jak się prezentowały, to  razem z gałęziami i podłożem tworzyły kopułę. Przypominały trochę grotę albo jaskinię. (Nie ukrywam, że wyglądało to magicznie). Takich drzew było więcej w okolicy. Po krótkim rozeznaniu, gdy wybierała miejsce na szałas i znalazła to drzewo, które znajdowało się ok. 5 metrów od wody zobaczyła małe (biorąc pod uwagę rozmiar liści) owoce. Były idealnie okrągłe. Barwy chyba zależały od dojrzałości, ale zaczynały się od żółci, a kończyły na koralowej czerwieni.  Wyglądały trochę jak bąble, więc Liv autorsko nazwała te drzewa bąblownikami albo bąblowcami lub bąblakami ( nie potrafiła się zdecydować). Gdy skończyła prace obozowe, usiadła po przeciwnej stronie pnia i zaczęła poznawać wnętrze swojej torby. Ostrożnie wyciągała kolejne elementy i uważnie wykładała je przed sobą. Najpierw wyłożyła turkusową saszetkę, która była kosmetyczką.  Potem znalazła szary i dosyć pojemny bidon na wodę (taki z filtrem).Następnego przedmiotu nie położyła przed sobą, tylko od razu przypięła sobie do paska. Była to finka. Miała wygodną, drewnianą rączkę. Ostrze było jakby dopiero co ostrzone i pięknie mieniło się srebrną barwą załamując światło. Była oczywiście razem z czarną skórzaną pochwą z częścią do przypięcia. Następny w plecaku był sznurek, a raczej cienka linka w kolorze maskującym. Następny był zielnik, który już widziała, ale dopiero teraz miała czas, żeby bliżej się mu przyjrzeć. Okładka była ze skóry z wielkim napisem „zielnik”. W środku prośba o prowadzenie go czytelnie i rzetelnie. Nie rozumiała dlaczego komuś tak na tym zależało, ale szybko zbyła tę myśl. Nie potrzebne jej było nowe zmartwienie. Następnym przedmiotem była mała, srebrna walizeczka którą zaraz po otwarciu porównała do  „zestawu małego chemika”. Była ona pełna probówek z zatyczkami, różnych pojemniczków i innych tego typu rzeczy. Przed ostatnim elementem było pudełko z prowiantem. W tym plecaku znalazła również dwie pary skarpetek, bieliznę, krótkie spodenki, kurtkę puchową (chyba nigdy nie odgadnie, jakim cudem składała się do tak bardzo niewielkich rozmiarów piłki do tenisa), trampki (buty treningowe miała obecnie na nogach ), spodnie dresowe, ciepłą bluzę T-shirt, zimową czapkę z pomponem i czapkę z daszkiem. Była zaskoczona, ile rzeczy może pomieścić ten plecak. Po rekonesansie wszystko dokładnie i przemyślanie spakowała.
Cały czas ciekawiły ją bąbelki na drzewie. W końcu zerwała jeden owoc. Był barwy koralowej, w dłoni okazał się większy niż szacowała, gdy wisiał na drzewie. Zapełniał obie jej ręce. Fakturę miał jakby pluszową. Bez problemu dawał się delikatnie zgniatać. Jego śliska skórka z jakby brodawkami z łatwością uginała się pod naciskiem jej palców. Lekko ją nacięła a z wnętrza momentalnie wyciekł lekko niebieskawy płyn. Postanowiła otworzyć jeden z pojemniczków dołączonych do „zestawu małego chemika” i wlać tam ciecz. Zaraz okazało się że płynu nie było tam zbyt dużo, a większość wnętrza „bąbla” stanowił piankowy, przezroczysty miąższ.
Wyjęła więc zielnik i włożyła do niego niewielki kawałek liścia opisując roślinę, owoce, itd. Starała się też opisać w miarę położenie w jakim rosła ale napisała tylko że niedaleko słonej wody. Na koniec podpisała „Bąblak” oraz dzisiejszą datę. Słońce zaczęło już zachodzić, a Liv zrobiła się senna. Weszła więc do swojego szałasu, ubrała na siebie ciepłą bluzę i ułożyła się na posadzce kładąc plecak pod głową. Zamknęła oczy a w tym samym momencie słońce całkowicie znalazło się za chmurami. Delikatne promienie księżyca wpadały do szałasu srebrnym blaskiem przez szparę wejściową. Gdzieś z oddali zaczął płynąć śpiew. Poczuła się błogo…powieki zaczęły ciążyć jej coraz bardziej. Śpiew był w charakterze kołysanki, a przynajmniej ona to tak odbierała. Czuła w niej polecenie żeby zasnąć i już nigdy się nie… otworzyła gwałtownie oczy, a cała krew odpłynęła jej z mózgu. Dopiero teraz  zdała sobie sprawę, w co tak naprawdę się wplątała. Przecież to mogły być syreny. Ta dziewczynka… nagle wszystko ułożyło jej się w okrutną całość. Może to była jakaś zwiadowczyni. Zobaczyła, że mają tu pewną ofiarę, a potem gdy upewniła się, że będzie tu po zachodzie słońca, to może ją skrzywdzić…ale koncert trwał. Piękne, melodyjne tony  trafiały do jej uszu, teraz prosząc, żeby weszła do wody. Wstała z posadzki i w rytm muzyki poszła w stronę wody. Robi dobrze. Przecież te cudowne głosiki nie mogłyby jej oszukać. One szepczą tak słodko i melodyjnie. Chcą żeby była z nimi, a przecież puki co w jej życiu zbyt wiele  łez się pojawiało. Ona będzie wolna. Popłynie razem z tymi pięknymi dziewczynami. Wyszła z szałasu rzucając bluzę na plecak. Srebrzysty księżyc w pełni okazałości. Tak, to piękna noc…że też ona chciała ją przespać i przegapić takie piękne widowisko… Po co w ogóle spać? Kiedy można by płyyyyynąć. Daleeeeko, a może to był sen? Było tak bajkowo. Widziała trzy dziewczyny Jedna o rudych włosach, dwie kolejne miały ciemne włosy. Brązowe i czarne. Wszystkie miały łagodne rysy. Były takie piękne. Szła dalej. Wody miała już po kostki, ale brnęła. Piękne kobiety zachęcały ją do tego aby szła i szła dalej. Woda była ciepła. Ciepło rozchodziło się po jej całym ciele. Po kolana. Dziewczyny pląsały wokół niej, a Liv coraz bardziej się uśmiechała. Wody było już po uda. Na twarzy Liv znalazł się uśmiech, ona idzie do lepszego miejsca. Tam nie ma bólu cierpienia.
-AWENA-Zabrzmiał dysonans zupełnie niepasujący do słodkiego śpiewu pięknych pań. Głos nie należał do nich. Na szczęście wybudziła Liv z transu.
-sss- syknęła orientując się że jej świeża rana znajduje się ponownie w słonej wodzie. Kobiety przerażone próbowały kontynuować swój śpiew, ale teraz brzmiały chłodno, sztucznie i bez wyrazu. Spłoszone wzięły Liv na nogi i pociągnęły pod powierzchnię wody. Liv już świadoma, nie miała czasu na nabranie powietrza w płuca. Cóż za okrutny los…już nie zobaczy Davida, Henry’ego, Fallon, Eavy, rodziców…Szamocze się i macha nogami, ale ich było trzy, powoli brakowało jej powietrza w płucach, …kiedy wzięła wdech. Odepchnęła wszystkie trzy dziewczyny. Wszystkie trzy poszły na dno. Uff, nie ma to jak zbawienna dawka tlenu wypłynęła na powierzchnię była ze 200m od brzegu,  na szczęście orientowała się gdzie znajduje się jej obozowisko. Podpłynęła do brzegu i zobaczyła blondwłosą syrenkę z wplecionymi liliami. Uśmiechała się przepraszająco, ale jakby z ulgą
-To….ty?- spytała, dopływając do brzegu i patrząc na nią w osłupieniu
Ona tylko uśmiechnęła się, tym razem radośniej.                                                                       
-Uratowałaś mnie- ciągnęła Liv z niedowierzaniem
-Dlaczego?- istotka wzruszyła ramionami
-Jestem Katerina- powiedziała po chwili namysłu
-Ale mów na mnie Camilla- poprosiła
-Dlaczego mnie uratowałaś?- powtórzyła pytanie Liv
-Nie zrozum mnie źle, jestem wdzięczna, nie do końca rozumiem-sprostowała po chwili
Długo zastanawiała się nad odpowiedzią. Widać że czuła się zakłopotana, ale odpowiedziała w końcu;
Ty myślisz że bardzo się różnimy, ale to nie do końca prawda. Też nie jestem stąd. Szczerze mówiąc jestem tu od niecałych stu lat. Wychowałam się w Borach Szefsnika. Naturalnie mój lud nie przepada za wodą. To moja kara.
-Kara za co?-wyrwało się Liv, zaraz tego żałowała i chciała sprostować, przeprosić albo cokolwiek, ale nowa znajoma szybko odpowiedziała;
-Na razie, dopóki nie ma takiej potrzeby, wolałabym tego zdradzać,ale widać, że przydałoby ci się potrafić przeciwstawić się Elwadorkom co?- spytała dosyć żartobliwie rozładowując napięcie.
-Da się tego nauczyć? Naprawdę?-Liv nie kryła podziwu. Camilla potwierdziła i zaproponowała naukę
-Ale teraz lepiej idź się przebrać i przespać, bo jutro nie będzie z ciebie żadnego pożytku-powiedziała, po czym odpłynęła za kamień.

W tym momencie dopiero Liv zrozumiała, jak bardzo przyda jej się sen, bo praktycznie całą drogę do szałasu zataczała się. Przed tym jak dotarła, Camilla krzyknęła do niej, że ona będzie pilnować, aby żadne stworzenia jej nie uwodziły, kiedy ona będzie spać, więc bez niepewności przebrała się, mokre ubrania powiesiła, a sama przebrawszy się w suche ułożyła głowę na plecaku i momentalnie zasnęła.



sobota, 9 marca 2019

Rozdział VI- "Spojrzenie"



Liv obudziła się jak zwykle wcześnie rano. Wywlekła się z łóżka i ze zdumieniem rozejrzała się. To nie była jej różowa sypialenka z białymi, czyściutkimi panelami. Co prawda panele były białe, ale na tym podobieństwa się kończyły. Pościel była biała, a łóżko było jedno skrzydłowe. Ściany były w ciepłym odcieniu białego. Obok pod kątem 90 stopni było ustawione drugie łóżko. W przerwie pomiędzy wezgłowiami  łóżek umiejscowiony był stolik nocny wykonany z drewna w bardzo jasnym odcieniu. Potrzebowała jeszcze jednej chwili, aby przypomnieć sobie ten pokój. Wstała ucieszona. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo w pąku tęskniła za kontaktem z innymi stworzeniami. Szybko pognała przed siebie do drzwi. Poszła do salonu, gdzie Na stoliku czekały już na nią ubrania. Były w kolorach szarości. Liv zdążyła się od tego bardzo mocno odzwyczaić, ale musiała się przełamać. Strój składał się z szarej, miękkiej i bardzo wygodnej bluzki, czarnych idealnie leżących na niej legginsów, które potem  również okazały się bardzo wygodne, a przy okazji pięknie podkreślały walory jej figury oraz czarnej bluzy z kapturem.. Ubrała się w łazience, gdzie poszła aby odbyć swój poranny rytuał. Wyszła z łazienki pełna energii na cały dzień. W prawdzie dalej była trochę słaba, ale nie chciała, by ktoś widział jej słabości, więc z godnością i pewnością siebie poruszała się po domu, w którym od rana nie zastała gospodyni. Poszła w kierunku kuchni, znów odwracając się w kierunku zamazanego pokoju. Weszła do jadalni. Tam zajrzała do lodówki. Żadnych owoców. Trudno, będzie musiała poradzić sobie z innymi produktami spożywczymi. Sięgnęła do szafki i wyciągnęła nóż. Sięgnęła po masło i kromkę chleba. Posmarowała ją masłem, a potem położyła na niej szynkę, ser, sałatę, ogórek i kilka innych warzyw, które znalazła w lodówce. Jako napój wybrała herbatę. Usiadła przy stoliku i zaczęła jeść. Tykanie zegarów za jej plecami zdawało się nasilać. Gdy skończyła jeść na dnie talerza z okruszków chleba ułożył się napis. Nie potrafiła rozszyfrować tych dziwnych liter. Zrozumiała, że to dosyć dziwne, ale kiedyś może jej się to przydać. Wyciągnęła więc kartkę oraz długopis i zaczęła przepisywać. Z kaligrafii nie była mistrzem, ale traktowała te litery jak obrazy, a obrazy uwielbiała malować, więc poszło jej dosyć sprawnie. Tykanie wciąż wzrastało. Poczuła jakby historia zaczęła się powtarzać. Nie dała się. Poszła do kuchni pozmywać talerz po swoim śniadaniu. Potknęła się i porcelana upadła na podłogę, roztrzaskując się na drobne kawałki, raniąc ją przy tym w kolano. Liv jak najszybciej pobiegła do łazienki, aby przemyć zakrwawione kolano. Plastra w domu nie było, ale szybko zorganizowała sobie opatrunek zastępczy. Wzięła gazik i przyłożyła go do rany. Dołożyła jeszcze kilka, żeby mieć pewność, że krew nie wydostanie się poza nie. Na koniec przywiązała wszystko bandażem elastycznym, aby cała misterna konstrukcja się trzymała. Wróciła do kuchni i posprzątała po sobie. Spojrzała na podłogę i prawie znowu upadła. To stało się po raz drugi. Odłamki porcelany ułożyły się w litery. Sięgnęła po kartkę i długopis, które spoczywały w kieszeni bluzy. Zaczęła przepisywać. Kolejne symbole. Na samą myśl rozbolała ją głowa, albo po prostu tykanie zegarów w salonie stało się do tego stopnia nieznośne.
***
Po trzydziestu minutach krążenia po pokoju uświadomiła sobie, że ze zegary stają się coraz głośniejsze (to uczucie od początku nie było jedynie jej wymysłem). Zaczęła przeszukiwać zegar po zegarze i nic. Żadnej wskazówki, żadnej literki, żadnego symbolu, ani rysunku. Tylko okrutna pustka. Wycieńczona upadła na kanapę. Jej umysł nie potrafił działać w takich warunkach. Nagle doznała olśnienia.
-Olivio Morgan, oficjalnie jesteś kretynem- powiedziała do siebie.
W tym domu znajdował się jeszcze jeden zegar, o którym zupełnie zapomniała. Jak mogła być taka głupia?! Pośpiesznie  udała się do sypialni, gdzie znajdował się wspomniany wcześniej zegar. Wzięła go do rąk. Obejrzała dokładnie. NIC Naprawdę? Po to się tu zjawiła? Żeby teraz czując się jak ostatni kretyn, dać się pokonać zwykłemu zegarowi? To jest ten moment, w którym ludzie tracą nad sobą panowanie. Liv nie do końca była świadoma tego co robi, ale czuła się tak sfrustrowana, tak słaba i bezsilna… Rzuciła zegarem o ścianę. Dźwięk ustał. Zegar roztrzaskał się na drobniutkie kawałki. NO NIE, ZNOWU TO SAMO! Ale ku jej zdziwieniu nic się z nimi nie stało. Jego szczątki, nie ułożyły się w żadną literę nawet, gdy wyszła po zmiotkę. Wróciła do pokoju. Była przekonana, że zegar stłukł się cały, jednak po strzepaniu warstwy rozbitego szkła okazało się, że tarcza jest w jednym kawałku. Wzięła ją do ręki i odwróciła. Nic jednak tam nie dostrzegła. Postawiła ją na stoliku nocnym a sama szybko posprzątał pokój. Gdy szła do kuchni spojrzała pod nogi. On tam był. Ten znak rzecz jasna. Pokręciła głową. Przecież to nie możliwe. Poszła do kuchni i wyrzuciła odpadki do śmietnika. Na jego pokrywie też był. Czy ona już oszalała? Musiała odpocząć, to był dla niej trudny czas. Przecież tak po prostu nie zaczęłaby mieć zwidów odnośnie znaków, których znaczenia nawet nie znała. To wina tych dźwięków tak?! I zmęczenia.. Prawda? Poszła z powrotem do sypialni. Położyła się na miękkim materacu i zamknęła oczy. Znalazła się w miejscu, które pamiętała. TAK! Była w ogrodzie Eavy. Tak stęskniła się za przyjaciółką. Nagle zjawiła się pod łukiem, który dotąd pamiętała dość mgliście, ale to był on. Wszystkie zamazane wspomnienia się wyostrzyły. Już miała przejść przez ten tunel, kiedy na łuku pojawiła się tafla wody, a na niej…
Obudziła się z krzykiem. Nie wiedziała co ją tak przeraziło. Może gdzieś tam podświadomie wiedziała, że te słowa oznaczają coś złego? No to marzenia o zaśnięciu poszły się…no. Spojrzała na  stolik nocny sięgnęła po tarczę zegara i schowała ją do środka stolika nocnego. Jednak, gdy go otwierała ukazało jej się pudełeczko. Było kartonowe, obwiązane ozdobną wstążeczką. Otworzyła je z ciekawością. W środku znajdowała się szkatułka z soczewkami i jakiś liścik. Wyjęła go i zaczęła czytać:
„To są soczewki. Pomogą Ci zrozumieć kilka spraw i dojrzeć to, co do tej pory było dla ciebie niedostrzegalne. Aplikacja może nie być przyjemna, ale zaufaj mi. To naprawdę pozwoli ci zrozumieć wiele rzeczy.”

List trafił w punkt. Niczego teraz bardziej nie pragnęła, jak zrozumieć, co się tu dzieje, więc posłusznie poszła do łazienki i otworzyła  prawą część szkatułki zarezerwowaną na prawe oko.
. Soczewka była bardzo kolorowa w odcieniach błękitu i fioletu jednocześnie, ale nie przypominało heterochronii. Wyglądało to, jakby koś złączył te dwie barwy w jeden kolor nie mieszając ich. Sama nie potrafiła tego opisać. W dotyku, też nie była zwyczajna. Była dużo twardsza. Przyłożyła ją lekko do prawego oka, a soczewka błyskawicznie się w nie wkleiła. Poczuła się trochę dziwnie, ale była na to przygotowana, po przeczytaniu listu od Fellan. Wyciągnęła teraz drugą soczewkę. Ta zaś była soczyście różowa (amarantowa). Wkleiła się w oko, tak samo szybko, jak poprzednia, jednak zaraz po tym, jak obie soczewki zostały ubrane, oczy zaczęły niewyobrażalnie piec, potem świat zawirował i Liv zemdlona upadła na ziemię. A właściwie to na twardą, kamienną posadzkę łazienki…
***
Obudziła się dalej leżąc na podłodze łazienki. Ile leżała? Dzień? Dwa? Tydzień? Spojrzała na zegarek. Leżała tak godzinę.( Niema to jak orientacja w czasoprzestrzeni). Niby wszystko w porządku, ale nie do końca. Wszystko widziała wyraźniej. Każdy detal wydawał jej się tysiąc razy bardziej złożony i skomplikowany. Wstała. Nie musiała długo czekać, aż znowu zakręci jej się w głowie. Wróciła do sypialni patrząc w podłogę i fascynując się jej strukturą. Usiadła na łóżku i chciała zastanowić się w spokoju, co tak naprawdę się dzieję, ale niestety nie potrafiła się skupić, bo cały czas ciekawiła ją tarcza zegara będąca w szufladzie. Uczucie to było takie, jakby Cię zżerało od środka. Wyciągnęła więc tarczę. Na jej powierzchni znajdowało się koło, a w sumie to były dwa okręgi. Przypominały jakiś szyfr z filmów o tematyce kryminalnej,(zdj na końcu), które zazwyczaj oglądała z tatą. Znaki były nieznajome. Tylko jedno słowo rzuciło jej się w oczy pośród tych wszystkich znaków. Znak składał się z liter „L”,  „I” oraz „V”, a przynajmniej tak jej się wydawało ,a po drugiej rysunek jej. Wiedziała, że to ona, bo podobieństwo było wręcz uderzające. Przekręciła więc koła tak, że litera (czy tam znak) składający się z liter jej imienia i jej portret były jedno pod drugim. Szybko łącząc fakty wyjęła kartkę z napisanymi powtarzającymi się w kółko znakami. Popatrzyła  na literę, potem na koło, pierwsza przypominała trochę liczbę pi, ale jeszcze z dopisanym małym, drukowanym „a”. Druga przypominała kształtem kubek z dwoma uszkami a w środku było coś na kształt litery „8”, tylko skreślonej na ukos. Trzecia kształtem przypominała łyżkę. Czwarta była…hmm najtrudniejsza do opisania. Pozostańmy przy tym ze wyglądała bardzo dziwnie. Piąta wyglądała jak cień strzykawki z dorysowanym B. Liczba pi okazała się słowem UCIEKAJ, kubek oświadczał STAD następne TORBA ,POD  i PODLOGA. Ta wiadomość sprawiła, że jej muzg zaczął pracować jeszcze intensywniej. Kto chciał żeby stąd uciekła. Pod jaką podłogą? Niewiedziała co się dzieje. Wzięła głęboki wdech. Wyszła z sypialni chowając klucz do szyfru do kieszeni. Rozejrzała się. Po lewej jak zawsze ściana. Po prawej jak zawsze ściana z zegarami i mały salonik, a obok jak zawsze zamaz…chwila. Liv przetarła oczy. Po raz pierwszy już nie widziała tylko mgły zasłaniającej kąt domu. Pokój był niezbyt jasny. Składał się głównie z półek, na których znajdowały się różne nie znane jej dotąd kwiaty i substancje. Na końcu pokoju postawiony był piecyk (bo kominka to nie przypominało) o barwie szarej, albo po prostu brudny. Na środku była wyspa kuchenna, która bardzo zaciekawiła Liv. Podeszła do niej, jej oczom ukazał się znak. Nie była to litera, jak dotąd tylko bardziej obrazek. Symbolizował zmieniacz czasu. Był dokładnie taki jaki Liv wymarzyła mieć wytatuowany w przyszłości. Zastanawiała się, co miałby oznaczać na tej wysepce. Zagapiła się i na chwilę zachwiała. Chcąc się podeprzeć oparła się o blat i nieplanowanie przyłożyła przedramię do zimniej jak się okazało powierzchni. Przeszedł ją okropny bój który zdawał się promieniować na całe ciało. Trwał on jednak krótko. Po tych wszystkich bólach, jakie tu przeszła pięcio-sekundowy ucisk zdawał się zaniknąć od razu. Jej oczom ukazały się schody prowadzące w dół. Zaświeciły się światła, a Liv zeszła w dół. Usłyszała nagle, że drzwi do chatki się otwierają, ale w tym samym momencie zamyka się też przejście prowadzące na dół i Liv zostaje uwięziona pod podłogą. Nie ma, więc wyjścia. MUSI iść dalej. I idzie…
***
 Nogi zaczęły ją boleć. Zupełnie straciła poczucie czasu, ale szła dalej. Schody zostawiła już dawno za sobą, światło docierające tu było ledwo widoczne. Została sama, a w jej głowie pojawiło się jeszcze więcej pytań. Szła teraz przez tunel wykuty, w jakimś kamieniu. Ściany były mokre. Woda wręcz spływała po nich strużkami. Nie rozumiała dlaczego. Od wielu dni nie widziała światła dziennego, albo nie dni. Zupełnie straciła poczucie czasu. Nie była w stanie powiedzieć, ile wędrowała. Szła, Szła i szła. Czy ten korytarz dokądkolwiek prowadzi? Cały czas taskała ze sobą torbę, którą poradziła jej tajemnicza siła. Gdy było widniej, wstępnie przejrzała zawartość torby. Była przyzwoita. Oprócz według niej nie przydatnych rzeczy -takich jak zielnik, albo mała skrzyneczka zawierająca jakiś dziennik, sakiewkę i trochę podejrzanych płynów zamkniętych w probówkach - posiadała wewnątrz siebie także trochę prowiantu, wodę i ciepłe ubranie, które obecnie Liv miała na sobie. Wydawało jej się, że idzie cały czas w dół, ale brnęła dalej, bo przecież gdzie indziej miała iść. Nagle zrobiło się ślisko, Liv nie była na to przygotowana. Już, gdy ślizgała się bezsilnie po gładkiej powierzchni zmoczonej wodą przygotowywała się na zderzenie z rzeczywistością, a w tym wypadku z zimną gładką i twarda ścianą. Nic takiego jednak nie nastąpiło… to znaczy wpadła, ale nie na ścianę tylko DO WODY. W jednej chwili usłyszała piękny śpiew i poczuła chłód wody. Z szoku termicznego straciła przytomność.