czwartek, 21 marca 2019

Rozdział VIII- "Nowy"


Otworzył oczy. Złapał oddech. Żyje. Kto? Nie ma pojęcia. Jest zagubiony. Bez imienia, bez nazwiska i bez przyjaciół. Jest jak wydmuszka, wyrzucona obok jakiejś góry. Porzucone ciało. Bez planów, marzeń i wspomnień. Nic nie wie. W głowie ma więcej pytań niż odpowiedzi. Tak naprawdę, to nie ma żadnych odpowiedzi. Co się z nim stało? Wyczyścili mu pamięć? Spogląda po sobie. Ubrany jest w czarne spodnie i koszulkę tego samego koloru. Na wierzch ma narzuconą koszulę w czarno-zieloną kratę. Kim jest? To się jeszcze okaże. Bardziej trafnym pytaniem byłoby chyba zdanie: "Kim był?" Chociaż, czy to ma teraz jakieś znaczenie? Jego ciało wskazywało na wiek około 16/17 lat, więc musiał mieć jakąś przeszłość. Teraz, jednak tej przeszłości nie ma. Była jednak dziewczyna. Biegła właśnie do niego, w kierunku jedynego paska zieleni jaki mógł zobaczyć. Musiał przyznać, że była naprawdę ładna. Krótkie, ciemnobrązowe i lekko pokręcone na końcach włosy, założone częściowo za ucho, delikatnie falowały na wietrze. Na twarzy widniał serdeczny uśmiech, uformowany z pięknych, soczystych, różowawych warg. Dziewczyna biegła bardzo szybko i w mgnieniu oka stanęła obok niego.
-William! -powiedziała, wtulając się w niego.
On jednak tylko uśmiechnął się. Nie wiedział, jak powinien nazwać dziewczynę, niepewnie przytulił ją. Nie miał pojęcia, jak się powinien zachować w zaistniałej sytuacji. Powiedzieć jej? A może to ktoś bardzo mu bliski i uraziłoby ją pytanie w stylu: „Kim jesteś?” albo „Jak masz na imię?” Po tym, jak dziewczyna oderwała się od niego, chciał sobie zrobić więcej miejsca (przestrzeni osobistej), więc zrobił niewielki kroczek do tyłu. Nie pomyślał jednak o fakcie, iż stał na krawędzi urwiska. Zachwiał się, kamienie spod jego butów zsunęły się i spadły w dół, a on spadłby razem z nimi, gdyby brunetka nie przytrzymała go za rękę.
-Dziękuję-powiedział tylko będąc w szoku, że Nieznajoma dla niego dziewczyna właśnie go uratowała (To znaczy dla niego nieznajoma).
- Nie ma problemu- zapewniła go, odgarniając włosy
Miała piękną twarz. Idealnie okrągłe, ciemne oczy, nieskazitelną cerę i rumiane policzki.
-A teraz lepiej wracajmy, bo reszta zauważy, że się urwaliśmy- powiedziała wesoło ujmując jego dłoń.
Szli ścieżynką pomiędzy skalistymi szczytami. Dziewczyna bardzo sprawnie poruszała się wśród tych ruin, a on sam czuł się przy niej jak słoń. Nieustannie potykał się, a nawet upadł kilka razy. Czarnowłosa jednak zupełnie nie zwracała na to uwagi. Brnęła, radośnie ciągnąc za sobą biednego i zdezorientowanego chłopca, który nie potrafił zgrabnie, jak ona omijać krzaków, które rosły obok ścieżki. Po piętnastym skrzyżowaniu zupełnie nie wiedział, gdzie się właściwie znajduje. Był teraz zdany wyłącznie na jej łaskę. Ale była też i druga strona medalu. Cały czas szacował w głowie, co już wie (tego było niewiele) oraz to, jakie informacje są mu potrzebne po to, żeby tu przeżyć. Szukał w pamięci imienia czarnowłosej. Na próżno. Przecież jej zachowanie wskazywało na to, że świetnie się znali. Byli co najmniej dobrymi przyjaciółmi. Więc jak może jej nie znać?! Ustalił sobie fakty:
1.Nazywa się William;
2. Chyba zna osobę, na której łaskę jest teraz tak naprawdę zdany;
3. Mają chyba coś w rodzaju paczki (pozostawała jeszcze możliwość, że dziewczyna jest chora psychicznie i tak naprawdę uroiła sobie to wszystko i mówiąc, że "RESZTA zauważy" miała na myśli gromadkę żuków gnojarzy na polance, które codziennie wypasała ).
Parsknął pod nosem, a dziewczyna na niego spojrzała. Przewierciła go spojrzeniem, a potem wróciła do szarpania go za rękę, w celu przeprowadzenia przez ścieżkę, która wydawała się nie mieć końca. Ehhh... jak nisko upadł. Śmiał się z własnych teorii spiskowych, które były idiotyczne i nawet nie zabawne, więc postanowił więcej nie rozmyślać. Wyszli zza skał i William mógł w końcu zobaczyć jakąkolwiek część roślinności. Co prawda była to tylko trawa, ale bardzo go to ucieszyło. Dziewczyna widząc to zachichotała
-Czy ty zachwycasz się trawą Willi?-spytała z wyraźnym rozbawieniem w głosie, a Williamowi zrobiło się głupio. To musiało wyglądać naprawdę zabawnie. Sam zaśmiał się z siebie.
Szli coraz większym pasem zieleni po jednej i drugiej stronie. Po kilku kolejnych skrętach w prawo i w lewo doszli do dosyć rozległego drzewa. Było ono naprawdę wysokie. Wyglądało trochę, jakby ktoś ulepił je z gliny albo ze stwardniałej ziemi. Aż zastanawiał się, czy ono w ogóle żyje. Jego liście przypominały liście paprotników. Jeden liść składał się jakby z osobnej łodygi, z której kolejno wyrastały liście paprocio-podobne. Były jasnozielone. Wszystko tam było  ponure, ale może tylko mu się tak wydawało. Drzewo zdawało się być puste w środku.
-Zamknij oczy-powiedziała ciągle wesolutka i uprzejmie uśmiechająca się dziewczyna.
William był trochę niepewny tego pomysłu, więc po prostu stał, jednak dziewczyna również nie dawała za wygraną. Stała dalej dumnie wyprostowana, jakby czekała na jego ruch. William szybko zrozumiał, że tylko od jego postawy zależy teraz to, czy przejdzie dalej, czy potencjalna kandydatka do zadawania pytań o jego przeszłość pójdzie bez niego. Zdecydował się więc na tę drugą opcję. Zamknął oczy. Nie bał się, bo dziewczyna nadal trzymała go za rękę. To było naprawdę nierozsądne, że zaufał nowo poznanej dziewczynie. Od razu skarcił się za to w myślach, ale nie miał innego wyboru. Musiał dowiedzieć się czegoś o sobie, albo osobie, w której ciele się znajduje. Dziewczyna delikatnie pociągnęła go za rękę,dając mu tym samym znak, żeby się poruszył, a on bez stawiania oporu ruszył za nią. Nie minęły dwie minuty, kiedy dziewczyna powiedziała, że może już otworzyć oczy. Więc je otworzył. Nie miał pojęcia, gdzie był, ale ponieważ  nie chciał, by jego towarzyszka to wyczuła, uśmiechnął się tylko.
-To co? Ścigamy się?-spytała, przerywając ciszę.
-Jasne-starał się uspokoić. Ścigać się? Dokąd? Przecież nie wiedział, gdzie biec. Spojrzał na dziewczynę, a ona na niego i ruszyła pędem przed siebie. Trudno było ją dogonić. Czy lubił biegać? Nie wiedział, ale uczucie było bardzo przyjemne. Brnął przed siebie. Wokół niego czuł woń kwiatów. Chwila...skąd on wiedział jak pachną kwiaty? Trudno, teraz to nie było ważne. Musiał biec naprawdę szybko, aby dogonić towarzyszkę. Bał się zgubić ją z pola widzenia. Zatrzymali się na polance. Obok stała urocza chatka. Przez chwilę czuł się jak w bajce. Jasne drewno, z którego wykonany był budynek, pięknie mieniło się w blasku słońca. Okna zupełnie do niego nie pasowały. Jedno było wybite, a pozostałe brudne, zakurzone i poobwieszane pajęczynami. Firanki, początkowo były białe, to znaczy tak mu się wydawało, bo teraz ich odcień bardziej przypominał kolor szary. Były poszarpane, brudne, a niektóre może nawet zwęglone. W tym momencie czar chwili prysł. Usłyszał zgiełk ze środka. Przez rozbite okno zaczęły dochodzić krzyki, odgłosy stłuczonego szkła, bełkotu i rozlewanych napojów. Nie chciał tam wchodzić. Z reakcji jego ciała wynikało, że nie lubił, albo nawet bał się tych pijanych ludzi. Jego serce przyspieszyło, oddech spłyciał, a żołądek ze strachu zawiązał się w węzeł. Dziewczyna dalej przyglądała się mu z zaciekawieniem. Czy to możliwe, że kiedyś wchodził tam z przyjemnością? Wierzyć mu się w to nie chciało.
-To co, wchodzimy?-ponagliła go brązowowłosa.
Tak bardzo nie chciał tam wchodzić. Zrobiłby wszystko, żeby tylko nie musieć tego robić. Najpierw zaczął zagadywać ją na iście filozoficzne tematy, gdy to już ją znudziło, zaczął zachwycać się tymi krajobrazami, roślinność była cudowna, góry przepiękne, nagle całe chmury stały się najpiękniejszym miejscem. Poprosił ją o wspólne spojrzenie w nie, ale i to dosyć prędko jej się znudziło. Ostatnią deską ratunku było spojrzenie w niebo, jakby tam co najmniej smok szybował, ale niestety nie dała się na to nabrać. Chwyciła go za rękę i zawlekła do chatki. Otworzyła drzwi i ścisnęła jego dłoń tak, aby nie miał szansy się wyszarpać. Uścisk miała naprawdę mocny. Wepchnęła go do środka, a sama weszła z nim. William rozejrzał się dookoła. To miejsce delikatnie mówiąc nie przypadło mu do gustu. Już zaraz po wejściu uderzył go zapach brudu, jakby skondensować cały smród z  dworca centralnego do jednej chatki. Skąd wiedział, co to dworzec centralny i jak tam pachnie? Zapach uderzył go na tyle, że prawie upadł. Na szczęście skończyło się tylko na zachwianiu. Wyczuwał jeszcze dym papierosowy, ale zapach alkoholu mocno go przebijał. Gdy złapał już równowagę, zaczął delikatnie się rozglądać. Chciałby widzieć chociaż centymetr  podłogi, ale ta cała była zagracona butelkami. Po jego lewej stronie stał okrągły stół, przy którym stało pięć krzeseł. Dwa z nich były zajęte. Mężczyzna z prawie czarnymi włosami i oczami tej samej barwy, ubrany był w niezbyt wyszukane ciuchy. Zwykła szara koszula w kratę, z łatami na łokciach i spodnie ze skóry. Na nogach miał ciężkie, górskie buty. Nie wyglądałby źle, gdyby nie fakt, że wszystko było zabłocone i kleiło się od brudu. Mężczyzna wyglądał na niewiele starszego niż on. Will dałby mu około 23 lata. Skąd on wie jak wygląda 20-sto letni facet? Siedział oparty całym ciężarem o jedyne krzesło, które miało oparcie. Głowę miał wykrzywioną w tył i strasznie głośno chrapał, pokazując przy tym zęby. Były one w kolorze gwiazd…żółte. Obok niego siedziała kobieta. Też młoda, była około 20-stki. Była szatynką, a jej włosy spięte były w długi, gruby warkocz sięgający jej do pasa. Skądś kojarzył taką długość włosów, ale nie potrafił przypomnieć sobie skąd. Rozglądała się obłąkańczo swoimi szeroko otwartymi, szafirowymi oczami. Jej rzęsy co chwilę trzepotały ze strachem. Will miał ochotę do niej podejść, przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Skądś wiedział, że tak powinno się zrobić, ale strach przed obleśnym facetem siedzącym obok niej wygrał pojedynek. Zwrócił więc uwagę na pokój. Na stole widać było powypalane okręgi, jakby ktoś gasił na nich papierosy. Krzesła były w opłakanym stanie. Prawie żadne nie miało oparcia, poza tym odrapane drewno i poszarpane poduszki z nich walały się wszędzie. Odwrócił się bardziej na lewo. Była tam mała, zorganizowana kuchnia. Blaty wyglądałyby całkiem dobrze, gdyby nie walające się po nich rzeczy. Od naczyń, przez rzeczy służące do użytku kuchennego (np. rękawice do pieczenia), aż po ubrania, szczoteczki do zębów i buty. Chyba był pedantem, bo nie potrafił tam przebywać. Zaczął mocniej przyglądać się kuchni. Blaty zrobione były z ciemnego drewna. Uchwyty ich szafek najprawdopodobniej zostały wyrwane. W kącie stała lodówka, a zaraz obok niej piekarnik. Zaczął teraz przyglądać się zawartości kuchni. Na blatach, jak już wcześniej zauważył była masa nienależących do kuchni przedmiotów. Jeszcze bardziej przerażał go fakt, że wszystko przykryte było zieloną błoną przypominającą pleśń. Porastała blat tak gęsto, że musiał się zastanawiać, co jest pod tym pleśniowym płaszczykiem. Musiał odwrócić wzrok. Ten widok i zapach przyprawiały go o dreszcze. Zaraz obok, a naprzeciwko niego stało łóżko. Jak wszystko tutaj, było ono drewniane, odrapane i oczywiście prawie rozlatujące się. Na jego wierzchu był dosyć sprawny materac (myśląc sprawny miał na myśli, że sprężyny nie wystawały). Przykrywały go pościel i poduszka w kwiatki o kolorze brązowym i…mężczyzna. Wyglądało to źle. Łóżko było duże, a mężczyzna i tak zajmował całą powierzchnię materaca. Chłopak miał rozcięty łuk brwiowy i powoli zakrwawiał pościel. Will szybko odwrócił wzrok.
-Maily- wyszeptała dziewczyna siedząca na krześle, najwyraźniej nie chcąc zbudzić siedzącego obok mężczyzny. A więc Maily. Próbował sobie przypomnieć to imię, jednak nadal w głowie miał tylko pustkę.
-Hej Chace- odpowiedziała Maily. Było to dosyć głośne i chyba specjalnie tak było, bo chłopak siedzący na krześle oburzony wstał, a Maily wysłała do niego mściwy uśmiech i tylko rzuciła wygrana:„Dzień dobry Jeff”. Szatynka zachichotała. Will tylko stał i przyglądał się tej sytuacji. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Przedstawić się? Nie, to byłoby głupstwem. Z tego co widział w ich zachowaniach czuli się przy nim swobodnie, więc pewnie byli paczką. Stwierdził, że aby nie budzić podejrzeń włączy cię do rozmowy.
-A tego kto tak urządził-spytał żartobliwie pokazując na łóżko. Wszyscy parsknęli śmiechem. Teraz nawet on zaczął czuć się swobodnie. Nie był już jedynie obserwatorem, przynajmniej na te 30 sekund. Gdy wszyscy ucichli, odezwał się Jeff.
-Masz rację. Wypadałoby go gdzieś odstawić-odparł tonem pełnym dominacji. Z tego co zauważył, to raczej on był przywódcą tej gromadki. Rozejrzał się po pokoju i wydał polecenia.
-Ja, Chace i Maily zajmiemy się tym, a ty trochę tu ogarnij-zwrócił się do Williama tonem nieznoszącym sprzeciwu. Bał się nawet ruszyć i złapał się na tym, że wstrzymuje oddech. Pozostała trójka wzięła ciało i opuściła pomieszczenie, a Will został sam w chatce, którą miał posprzątać.
***
Dzień chylił się już ku zmrokowi, a William nadal był sam. Udało mu się już uprzątnąć prawie wszystko. Przy okazji znalazł też drzwi prowadzące do łazienki, która nie wiedzieć czemu, ale na szczęście był nieskazitelna. Liczył na to, że przy sprzątaniu natknie się na coś, co przypomniałoby mu o czymś miłym. Jakieś wspomnienie z tego miejsca. Przecież tu mieszkał, ale nic takiego nie znalazł. Teraz zbierał butelki z ziemi. To był już trzeci worek. Gdy skończył, przysiadł na łóżku. Było ono naprawdę ogromne i bał się, że wszyscy będą w nim spać. Wiedział, że on nie zmruży oka w zakrwawionej pościeli, ale zobaczymy. Siedział. Pięć minut, piętnaście, dwadzieścia i nic. Przyjaciele na pewno by się tak nie zachowali. Cały czas był przepełniony niepewnościami i pogrążony we własnych myślach. Nagle pytania „Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?” nabrały zupełnie nowego wymiaru. W końcu z ulgą stwierdził, że słyszy, jak ktoś ciągnie za klamkę i z jeszcze większą ulgą stwierdził, że to pozostali mieszkańcy tego domu. Pierwszy oczywiście wszedł przywódca. Rozejrzał się chyba szukając Williama, ale najpierw rozszerzył oczy ze zdziwienia. Na chwilę przestał się ruszać.
-To twoja sprawka?-spytał w końcu, ale Will był bardzo dumny z rezultatów swojego sprzątania. Wszyscy byli zaskoczeni i nie wierzyli, że to sprawka Willa. Dziewczyny zmieniły zakrwawioną pościel, a potem Maily do niego podeszła, chwyciła za rękę i powiedziała;
-Kochanie, jestem zmęczona, chodźmy już spać.-Will zesztywniał na te słowa. ”Kochanie”, czyli oni są parą. W takim razie dlaczego jej nie pamięta?
-Jasne-pocałował ją w czoło, aby nie budzić u niej podejrzeń, a ona ujęła jego rękę i powiodła przez drewniane drzwi, schowane lekko za regałem (zauważył je dopiero teraz, bo były bardzo dobrze zakamuflowane.). No tak. Wspólne łóżko. Obok stała szafa, do której na chwilę podeszła. Wyrzuciła mu na łóżko bokserki, a sama przebrała się w koszulę nocną.
-Idę jeszcze pod prysznic-odrzekł William. I pośpiesznie wyszedł z sypialni. Gorąca woda spływała po jego ciele, ale on i tak nie mógł opanować gonitwy myśli. W jego głowie kłębiło się mnóstwo pytań, którymi ciągle się zadręczał. Wyszedł spod prysznica, osuszył ciało, ubrał się w wyrzucone przedtem z komody bokserki i wrócił do sypialni. Maily spała. Całe szczęście. Przynajmniej nie będzie musiał trzymać w swoich ramionach kobiety, której nie zna. Jego plany jednak spełzły na niczym, bo gdy tylko wsunął się pod kołdrę dziewczyna przylgnęła do niego i wtuliła się, dając mu do zrozumienia, że nie zamierza go wypuścić z objęć. Will był zbyt zmęczony, aby spróbować się od niej wyswobodzić, więc od razu zasnął.