niedziela, 12 maja 2019

RozdziałXII Rocznica

Wstał. Spojrzał na zegarek. Stresował się strasznie, ale w sumie kiedy jak nie dzisiaj. Bał się, że zrobi coś, czego nie powinien. Z Jeffem i Chace umówili się co do wszystkiego. Specjalnie nawet wziął wolne od pracy zarówno w imieniu swoim, jak i Maily. Rozejrzał się po sypialni. Jeff się wywiązał. Na stoliku nocnym leżały piękne róże. Podczołgał się do nich, a Maily się przebudziła.
-Dzień dobry kochanie-Otworzyła oczy.
-Dzień dobry-powiedziała i uśmiechnęła się szerzej, niż nigdy dotąd
-Na wstępie mam pytanie-oświadczył William. Był bardzo spięty i choćby bardzo mocno chciał nie udawało mu się tego stłumić
-Czy jeden długi  prysznic jest równy dwóm zwykłym?-Spytał. Dalej był spięty, ale wierzył, że to niedługo minie. Dał dziewczynie kwiaty. Ta zaś odebrał je i postawiła spowrotem na stoliku nocnym.
-Przypomnij mi potem, żebym je wstawiła do wody, dobrze?- Powiedziała po czym pociągnęła Willego do łazienki.
***
Pod prysznicem siedzieli chyba z półtorej godziny. William był okrutnym materialistą. Na samą myśl czego jest w stanie się dopuścić, żeby tylko dowiedzieć się kilku informacji o sobie samym robiło mu się słabo. To nie tak, że jej nie kochał. Wręcz przeciwnie. Czuł się przy niej bardzo swobodnie, mógł się przed nią spokojnie otworzyć i powiedzieć to, co mu leży na sercu, ale miał inne priorytety. Tak naprawdę nie chodziło mu tylko o udaną rocznicę nawiązującą do początku ich związku. Liczył w dużej mierze na to, że jego dziewczyna napomknie mu coś więcej o jego życiu. Wiedział już naprawdę dużo. Wszystko w końcu układało się w jakąś logiczną całość . To wszystko przestało być w dużej  mierze  już tak bardzo zagmatwane, ale taka okazja na odzyskanie swojego starego życia była jedyna w swoim rodzaju. Usiedli przy stole, a przed nimi sterta naleśników. Widać Chace jest w tym naprawdę dobra. Według planu powinna teraz być na randce z Jeffem. Poprosił ich żeby udostępnili im dom, poza tym  tej dziewczynie się to należało. Całe dnie spędza w domu. Od tych trzech dni dalej nie zrozumiał co działo się tego pierwszego dnia, kiedy tutaj się zjawił. Wszędzie było szkło, porozbijane butelki, pobity facet na łóżku. To było zupełnie odległe od teraźniejszej „wersji” tych ludzi. Wydawali się naprawdę porządni, co zupełnie nie pasowało do nieładu jaki tam zastał. To nie dawało mu spokoju, ale teraz musiał wrócić do teraźniejszości. Chwycił talerz i rozłożył na nim jednego naleśnika. Naładował go dodatkami wystawionymi w małych miseczkach przed nimi. Był bardzo głodny, zupełnie jakby ktoś zamknął go w piwnicy i głodził przez tydzień. Do środka zdołał wpakować ćwiartkę brzoskwini, jabłka, pół banana, a na koniec jeszcze  z dziesięć winogron. Sam nie wiedział jak on to tam zmieścił. Pałaszowali razem jak wygłodniałe lwy. Gdy już skończyli, Maily zaczęła opowiadać.
-Pamiętasz jak się poznaliśmy?-Spytała retorycznie- Włóczyłeś się po okolicy z Jeffem i resztą twojej paczki. Moja mama zrobił wtedy naleśniki i miałyśmy plany żeby  zjeść na świeżym powietrzu,a wy akurat przechodziliście-Roześmiała się serdecznie a William razem z nią- Jadłeś wtedy tak szybko, że dostałeś czkawki. Musiałam iść po wodę dla ciebie bo mama mi kazała. Po tym Cię znienawidziłam-Dokończyła historię cały czas ledwie hamując śmiech.
-Przykro mi, jestem na to zbyt uroczy- Stwierdził Will żartobliwie
-Bynajmniej, bo zeszliśmy się niecały miesiąc później- powiedziała przez śmiech.-Hej, mam pomysł. Tylko zawczasu musisz powiedzieć,że się zgadzasz-odparła.
-W porządku. Nie zrobiłabyś mi niczego okropnego w moje urodziny. Prawda?-spytał nieufnie
-Ja? W życiu! -Powiedziała tajemniczo  i wybiegła z domu. William popędził za nią. Biegli przez pola, lasy i łąki, aż w końcu wpadli  do sadu. 
-Pamiętasz ten sad?-Spytała dziewczyna spinając włosy.-To sad moich rodziców. Ganialiśmy się tu kiedyś. Pamiętam jak Cię lubili-tu posmutniała na chwilę-Biegaliśmy tu w dzień, w którym się z nimi pokłóciłam.-posmutniała jeszcze mocniej. Willowi zrobiło się jej żal, więc podbiegł i ją przytulił.-BEREK-Krzyknęła mocno ucieszona z udanej wkrętki dziewczyna. Oszołomiony Will przez chwilę nie miał pojęcia co się wokół ich dzieje. Zaraz jednak opamiętał się i pobiegł za dziewczyną błądząc wśród sadu. Ganiali się tak przez kolejne kilka godzin. Will nawet nie wiedział, że tak się da. W końcu  położyli się pośrodku i mocno dysząc stwierdzili, że udadzą się coś zjeść. Teraz pałeczkę przejęła Maily. Z okazji jego urodzin zaprowadziła go do restauracji. Gadała za dwoje. Cały czas dowiadywał się coraz więcej i więcej. Martwiło go jednak to, że nadal niczego sobie nie przypominał. Niby teraz wszystko w jego głowie układało się w logiczną całość, ale to dosyć nie prawdopodobne żeby mimo wszystko nadal niczego nie pamiętał. Był nadal zagubiony w tym świecie.Co prawda Maily częstowała go urywkami od 14 roku życia do teraz. Co działo się wcześniej? Gdzie są jego rodzice? Dlaczego o nich Maily nigdy nie wspomniała? Zważając na jego charakter powinni być dosyć charakterystyczni. Po kimś swoją drogą musiał to wszystko odziedziczyć. Gdy tak siedzieli w knajpce gdzie zazwyczaj Maily pracowała (chyba to była ta knajpka), Will zauważył, że Maily przestała mówić. Czyżby skończyły jej się opowieści? Rozejrzała się nerwowo.
-Coś nie tak? -Spytał zdezorientowany William
-Nie słuchasz mnie-stwierdziła pewnie dziewczyna. Tu miała trochę racji. Will zgłębił się za bardzo myśląc o swoich przodkach. Musiał jakoś uspokoić sytuację
-Co? Oczywiście że słucham-ale widział ten wzrok Maily, więc zaraz dodał -przepraszam zamyśliłem się
-Tak?, a nad czym tak rozmyślasz?-spytała wyzywająco. Will już miał pełną świadomość, że wpadł jak śliwka w kompot. Nie potrafił wymyślić nic innego więc postawił na klasyk
-Zastanawiałem się, jak to możliwe, że przetrwaliśmy całe cztery lata. Z pozoru jesteśmy tak różni, a jednak. Dopełniamy się bezkonkurencyjnie-Uśmiechnął się , a ona też. Chyba połknęła haczyk. To nadal było smutne, bo wiedział, że mówi to wszystko tylko po to, żeby kontynuowała opowieści. Tak się jednak nie stało, bo kelner w tej samej chwili przyniósł im zamówienia. Wyglądały naprawdę dobrze. Co prawda postawili na zwykłą pizze, bo z opowieści wynikało, że to z ta potrawą wiązało się najwięcej przygód, ale wyglądała naprawdę dobrze. Wszystkie składniki ułożone były bardzo starannie w równych odstępach od siebie. Doszli do wniosku że układać je musiał jakiś pedant lub pedantka. Zabrali się do jedzenia. Po tym bieganiu byli bardzo głodni, więc wspólnie doszli do wniosku, że przydałaby się jeszcze jedna. Teoretycznie maily zaproponowała to żartobliwie, ale Will z przyjemnością przystanął na tę propozycję.  Po obiedzie wybrali się na spacer. Teraz pałeczkę przejął Will a raczej Jeff . Szli ścieżką przy blasku księżyca. Nie miał zegarka ale po słońcu (a raczej jego braku) wywnioskował , że był wieczór lub noc. Co chwilę mijali piękne krajobrazy, które Will próbował sobie wcześniej tylko wyobrazić. Teraz mógł to wszystko podziwiać na własne oczy. Gdy Maily opowiadała mu o tych wszystkich sceneriach, wydawały się tak bardzo dalekie i nierealne ale jak widać są przeświadczenia, które łatwo poddają się zmianom. Na przykład, gdy Will słuchał o polanie płaczących wierzb, myślał raczej o pewnym gatunku drzewa, który z jakiegoś powodu przejaśniał się w jego głowie. Zamiast tego Dostał drzewa, które były bardzo niziutkie. Plastyczne gałązki opadały co prawda w dół, ale same sęki/sama kora układała się z jednej strony drzewa, w rysy jakiejś osoby, która płakała. To było naprawdę osobliwe i nie podobało mu się tu. Maily wręcz przeciwnie. Była wniebowzięta całą tą sytuacją. Przyglądała się „główkom” drzew z takim oddaniem i zaangażowaniem ,że Williamowi aż robiło się niedobrze. Szli tak przez dłuższą chwilkę do czasu, aż zauważyli jezioro. Uff. Poczuł ulgę. Z jednej strony, że już wyjdą z „gaju płaczących wierzb”, który niezbyt przypadł mu do gustu, a z drugiej bo miał pewność, że Jeff nie nawalił i przygotował to, o na co się zobowiązał. Will jeszcze bardziej poczuł, że może zaufać temu chłopakowi. Tuż obok błyszczącego jeziora leżał sobie rozwinięty, kolorowy kocyk. Wyglądał na bardzo puszysty, a na nim stał wiklinowy koszyczek. Podeszli. W środku znalazł czerwone wino rozlane na dwa kieliszki. Kieliszki były naprawdę ładne. Perfekcyjnie przezroczyste, bez ani jednaj smugi i z wieloma ozdobnikami w postaci lustrzanych  rombów i gwiazdek. Usiedli, zaczęli pić wino. Było bardzo romantycznie. Kieliszki przybliżone do siebie zastukały wesoło informując o zderzeniu się, co oznaczało toast, a Maily powiedziała
-Abyśmy na zawsze byli razem-po czym uśmiechnęła się. Will odwzajemnił uśmiech. Kieliszek coraz bardziej zbliżał się do jego ust. Gdy tylko czerwony płyn musnął jego warg…zrozumiał. Coś było nie tak. To nie była osoba, którą kochał. Dziewczyna która była jego miłością była daleko.Pamiętał tylko jej głos. Był słodki, kojący i kojarzył mu się z bezpieczeństwem. Ciepły i czuły, ale jednocześnie pewny. Dosyć niski, ale bardzo namiętny i kobiecy. Rozmarzył się i odpłynął na moment. Jak to się stało że przypomniał sobie coś takiego?  Był szczęśliwy. W końcu coś sobie przypomniał, ale…co się tutaj działo? Kolejne pytania. Musiał jakoś się stąd wydostać. Wyswobodzić od NIEJ.
- Kurczę, głowa mnie rozbolała. Przepraszam, ale czy moglibyśmy już wracać?- W głowie nie brzmiało to tak sucho, ale trudno. Bardziej myślał o głosie. Czy jest możliwe, żeby pamiętał tylko taki szczegół? Nic więcej? Dziewczyna nie miała nic przeciwko, więc pokierowali się prosto do chatki. Drogę przebyli w milczeniu. Will cały czas bił się z myślami. BEZNADZIEJA. Dopiero co wszystko zaczęło się układać, a tu jeden dzień i znowu jest w punkcie wyjścia. Nie łudził się, że tej nocy spokojnie zaśnie…