Liv obudziła
się jak zwykle wcześnie rano. Wywlekła się z łóżka i ze zdumieniem rozejrzała
się. To nie była jej różowa sypialenka z białymi, czyściutkimi panelami. Co
prawda panele były białe, ale na tym podobieństwa się kończyły. Pościel była
biała, a łóżko było jedno skrzydłowe. Ściany były w ciepłym odcieniu białego. Obok
pod kątem 90 stopni było ustawione drugie łóżko. W przerwie pomiędzy wezgłowiami
łóżek umiejscowiony był stolik nocny wykonany
z drewna w bardzo jasnym odcieniu. Potrzebowała jeszcze jednej chwili, aby
przypomnieć sobie ten pokój. Wstała ucieszona. Nawet nie zdawała sobie sprawy,
jak bardzo w pąku tęskniła za kontaktem z innymi stworzeniami. Szybko pognała
przed siebie do drzwi. Poszła do salonu, gdzie Na stoliku czekały już na nią
ubrania. Były w kolorach szarości. Liv zdążyła się od tego bardzo mocno
odzwyczaić, ale musiała się przełamać. Strój składał się z szarej, miękkiej i
bardzo wygodnej bluzki, czarnych idealnie leżących na niej legginsów, które
potem również okazały się bardzo wygodne,
a przy okazji pięknie podkreślały walory jej figury oraz czarnej bluzy z
kapturem.. Ubrała się w łazience, gdzie poszła aby odbyć swój poranny rytuał.
Wyszła z łazienki pełna energii na cały dzień. W prawdzie dalej była trochę
słaba, ale nie chciała, by ktoś widział jej słabości, więc z godnością i
pewnością siebie poruszała się po domu, w którym od rana nie zastała gospodyni.
Poszła w kierunku kuchni, znów odwracając się w kierunku zamazanego pokoju.
Weszła do jadalni. Tam zajrzała do lodówki. Żadnych owoców. Trudno, będzie
musiała poradzić sobie z innymi produktami spożywczymi. Sięgnęła do szafki i
wyciągnęła nóż. Sięgnęła po masło i kromkę chleba. Posmarowała ją masłem, a
potem położyła na niej szynkę, ser, sałatę, ogórek i kilka innych warzyw, które
znalazła w lodówce. Jako napój wybrała herbatę. Usiadła przy stoliku i zaczęła
jeść. Tykanie zegarów za jej plecami zdawało się nasilać. Gdy skończyła jeść na
dnie talerza z okruszków chleba ułożył się napis. Nie potrafiła rozszyfrować
tych dziwnych liter. Zrozumiała, że to dosyć dziwne, ale kiedyś może jej się to
przydać. Wyciągnęła więc kartkę oraz długopis i zaczęła przepisywać. Z
kaligrafii nie była mistrzem, ale traktowała te litery jak obrazy, a obrazy
uwielbiała malować, więc poszło jej dosyć sprawnie. Tykanie wciąż wzrastało.
Poczuła jakby historia zaczęła się powtarzać. Nie dała się. Poszła do kuchni
pozmywać talerz po swoim śniadaniu. Potknęła się i porcelana upadła na podłogę,
roztrzaskując się na drobne kawałki, raniąc ją przy tym w kolano. Liv jak
najszybciej pobiegła do łazienki, aby przemyć zakrwawione kolano. Plastra w
domu nie było, ale szybko zorganizowała sobie opatrunek zastępczy. Wzięła gazik
i przyłożyła go do rany. Dołożyła jeszcze kilka, żeby mieć pewność, że krew nie
wydostanie się poza nie. Na koniec przywiązała wszystko bandażem elastycznym, aby
cała misterna konstrukcja się trzymała. Wróciła do kuchni i posprzątała po
sobie. Spojrzała na podłogę i prawie znowu upadła. To stało się po raz drugi.
Odłamki porcelany ułożyły się w litery. Sięgnęła po kartkę i długopis, które
spoczywały w kieszeni bluzy. Zaczęła przepisywać. Kolejne symbole. Na samą myśl
rozbolała ją głowa, albo po prostu tykanie zegarów w salonie stało się do tego
stopnia nieznośne.
***
Po
trzydziestu minutach krążenia po pokoju uświadomiła sobie, że ze zegary stają
się coraz głośniejsze (to uczucie od początku nie było jedynie jej wymysłem).
Zaczęła przeszukiwać zegar po zegarze i nic. Żadnej wskazówki, żadnej literki,
żadnego symbolu, ani rysunku. Tylko okrutna pustka. Wycieńczona upadła na
kanapę. Jej umysł nie potrafił działać w takich warunkach. Nagle doznała
olśnienia.
-Olivio Morgan,
oficjalnie jesteś kretynem- powiedziała do siebie.
W tym domu
znajdował się jeszcze jeden zegar, o którym zupełnie zapomniała. Jak mogła być
taka głupia?! Pośpiesznie udała się do
sypialni, gdzie znajdował się wspomniany wcześniej zegar. Wzięła go do rąk.
Obejrzała dokładnie. NIC Naprawdę? Po to się tu zjawiła? Żeby teraz czując się
jak ostatni kretyn, dać się pokonać zwykłemu zegarowi? To jest ten moment, w
którym ludzie tracą nad sobą panowanie. Liv nie do końca była świadoma tego co
robi, ale czuła się tak sfrustrowana, tak słaba i bezsilna… Rzuciła zegarem o
ścianę. Dźwięk ustał. Zegar roztrzaskał się na drobniutkie kawałki. NO NIE,
ZNOWU TO SAMO! Ale ku jej zdziwieniu nic się z nimi nie stało. Jego szczątki,
nie ułożyły się w żadną literę nawet, gdy wyszła po zmiotkę. Wróciła do pokoju.
Była przekonana, że zegar stłukł się cały, jednak po strzepaniu warstwy
rozbitego szkła okazało się, że tarcza jest w jednym kawałku. Wzięła ją do ręki
i odwróciła. Nic jednak tam nie dostrzegła. Postawiła ją na stoliku nocnym a
sama szybko posprzątał pokój. Gdy szła do kuchni spojrzała pod nogi. On tam
był. Ten znak rzecz jasna. Pokręciła głową. Przecież to nie możliwe. Poszła do
kuchni i wyrzuciła odpadki do śmietnika. Na jego pokrywie też był. Czy ona już
oszalała? Musiała odpocząć, to był dla niej trudny czas. Przecież tak po prostu
nie zaczęłaby mieć zwidów odnośnie znaków, których znaczenia nawet nie znała.
To wina tych dźwięków tak?! I zmęczenia.. Prawda? Poszła z powrotem do
sypialni. Położyła się na miękkim materacu i zamknęła oczy. Znalazła się w miejscu, które pamiętała.
TAK! Była w ogrodzie Eavy. Tak stęskniła się za przyjaciółką. Nagle zjawiła się
pod łukiem, który dotąd pamiętała dość mgliście, ale to był on. Wszystkie zamazane
wspomnienia się wyostrzyły. Już miała przejść przez ten tunel, kiedy na łuku
pojawiła się tafla wody, a na niej…
Obudziła się
z krzykiem. Nie wiedziała co ją tak przeraziło. Może gdzieś tam podświadomie
wiedziała, że te słowa oznaczają coś złego? No to marzenia o zaśnięciu poszły
się…no. Spojrzała na stolik nocny
sięgnęła po tarczę zegara i schowała ją do środka stolika nocnego. Jednak, gdy
go otwierała ukazało jej się pudełeczko. Było kartonowe, obwiązane ozdobną
wstążeczką. Otworzyła je z ciekawością. W środku znajdowała się szkatułka z
soczewkami i jakiś liścik. Wyjęła go i zaczęła czytać:
„To są
soczewki. Pomogą Ci zrozumieć kilka spraw i dojrzeć to, co do tej pory było dla
ciebie niedostrzegalne. Aplikacja może nie być przyjemna, ale zaufaj mi. To
naprawdę pozwoli ci zrozumieć wiele rzeczy.”
List trafił
w punkt. Niczego teraz bardziej nie pragnęła, jak zrozumieć, co się tu dzieje, więc posłusznie poszła do łazienki i otworzyła prawą część szkatułki zarezerwowaną na prawe
oko.
. Soczewka
była bardzo kolorowa w odcieniach błękitu i fioletu jednocześnie, ale nie
przypominało heterochronii. Wyglądało to, jakby koś złączył te dwie barwy w
jeden kolor nie mieszając ich. Sama nie potrafiła tego opisać. W dotyku, też
nie była zwyczajna. Była dużo twardsza. Przyłożyła ją lekko do prawego oka, a
soczewka błyskawicznie się w nie wkleiła. Poczuła się trochę dziwnie, ale była
na to przygotowana, po przeczytaniu listu od Fellan. Wyciągnęła teraz drugą
soczewkę. Ta zaś była soczyście różowa (amarantowa). Wkleiła się w oko, tak
samo szybko, jak poprzednia, jednak zaraz po tym, jak obie soczewki zostały
ubrane, oczy zaczęły niewyobrażalnie piec, potem świat zawirował i Liv zemdlona
upadła na ziemię. A właściwie to na twardą, kamienną posadzkę łazienki…
***
Obudziła się
dalej leżąc na podłodze łazienki. Ile leżała? Dzień? Dwa? Tydzień? Spojrzała na
zegarek. Leżała tak godzinę.( Niema to jak orientacja w czasoprzestrzeni). Niby
wszystko w porządku, ale nie do końca. Wszystko widziała wyraźniej. Każdy detal
wydawał jej się tysiąc razy bardziej złożony i skomplikowany. Wstała. Nie
musiała długo czekać, aż znowu zakręci jej się w głowie. Wróciła do sypialni
patrząc w podłogę i fascynując się jej strukturą. Usiadła na łóżku i chciała
zastanowić się w spokoju, co tak naprawdę się dzieję, ale niestety nie
potrafiła się skupić, bo cały czas ciekawiła ją tarcza zegara będąca w
szufladzie. Uczucie to było takie, jakby Cię zżerało od środka. Wyciągnęła więc
tarczę. Na jej powierzchni znajdowało się koło, a w sumie to były dwa okręgi.
Przypominały jakiś szyfr z filmów o tematyce kryminalnej,(zdj na końcu), które zazwyczaj
oglądała z tatą. Znaki były nieznajome. Tylko jedno słowo rzuciło jej się w
oczy pośród tych wszystkich znaków. Znak składał się z liter „L”, „I” oraz „V”, a przynajmniej tak jej się
wydawało ,a po drugiej rysunek jej. Wiedziała, że to ona, bo podobieństwo było
wręcz uderzające. Przekręciła więc koła tak, że litera (czy tam znak)
składający się z liter jej imienia i jej portret były jedno pod drugim. Szybko
łącząc fakty wyjęła kartkę z napisanymi powtarzającymi się w kółko znakami.
Popatrzyła na literę, potem na koło,
pierwsza przypominała trochę liczbę pi, ale jeszcze z dopisanym małym,
drukowanym „a”. Druga przypominała kształtem kubek z dwoma uszkami a w środku
było coś na kształt litery „8”, tylko skreślonej na ukos. Trzecia kształtem
przypominała łyżkę. Czwarta była…hmm najtrudniejsza do opisania. Pozostańmy
przy tym ze wyglądała bardzo dziwnie. Piąta wyglądała jak cień strzykawki z
dorysowanym B. Liczba pi okazała się słowem UCIEKAJ, kubek oświadczał STAD
następne TORBA ,POD i PODLOGA. Ta wiadomość
sprawiła, że jej muzg zaczął pracować jeszcze intensywniej. Kto chciał żeby
stąd uciekła. Pod jaką podłogą? Niewiedziała co się dzieje. Wzięła głęboki
wdech. Wyszła z sypialni chowając klucz do szyfru do kieszeni. Rozejrzała się.
Po lewej jak zawsze ściana. Po prawej jak zawsze ściana z zegarami i mały
salonik, a obok jak zawsze zamaz…chwila. Liv przetarła oczy. Po raz pierwszy
już nie widziała tylko mgły zasłaniającej kąt domu. Pokój był niezbyt jasny.
Składał się głównie z półek, na których znajdowały się różne nie znane jej
dotąd kwiaty i substancje. Na końcu pokoju postawiony był piecyk (bo kominka to
nie przypominało) o barwie szarej, albo po prostu brudny. Na środku była wyspa
kuchenna, która bardzo zaciekawiła Liv. Podeszła do niej, jej oczom ukazał się
znak. Nie była to litera, jak dotąd tylko bardziej obrazek. Symbolizował
zmieniacz czasu. Był dokładnie taki jaki Liv wymarzyła mieć wytatuowany w
przyszłości. Zastanawiała się, co miałby oznaczać na tej wysepce. Zagapiła się
i na chwilę zachwiała. Chcąc się podeprzeć oparła się o blat i nieplanowanie
przyłożyła przedramię do zimniej jak się okazało powierzchni. Przeszedł ją
okropny bój który zdawał się promieniować na całe ciało. Trwał on jednak
krótko. Po tych wszystkich bólach, jakie tu przeszła pięcio-sekundowy ucisk zdawał
się zaniknąć od razu. Jej oczom ukazały się schody prowadzące w dół. Zaświeciły
się światła, a Liv zeszła w dół. Usłyszała nagle, że drzwi do chatki się
otwierają, ale w tym samym momencie zamyka się też przejście prowadzące na dół
i Liv zostaje uwięziona pod podłogą. Nie ma, więc wyjścia. MUSI iść dalej. I
idzie…
***
Nogi zaczęły ją boleć. Zupełnie straciła
poczucie czasu, ale szła dalej. Schody zostawiła już dawno za sobą, światło
docierające tu było ledwo widoczne. Została sama, a w jej głowie pojawiło się
jeszcze więcej pytań. Szła teraz przez tunel wykuty, w jakimś kamieniu. Ściany
były mokre. Woda wręcz spływała po nich strużkami. Nie rozumiała dlaczego. Od
wielu dni nie widziała światła dziennego, albo nie dni. Zupełnie straciła
poczucie czasu. Nie była w stanie powiedzieć, ile wędrowała. Szła, Szła i szła.
Czy ten korytarz dokądkolwiek prowadzi? Cały czas taskała ze sobą torbę, którą
poradziła jej tajemnicza siła. Gdy było widniej, wstępnie przejrzała zawartość torby.
Była przyzwoita. Oprócz według niej nie przydatnych rzeczy -takich jak zielnik,
albo mała skrzyneczka zawierająca jakiś dziennik, sakiewkę i trochę
podejrzanych płynów zamkniętych w probówkach - posiadała wewnątrz siebie także
trochę prowiantu, wodę i ciepłe ubranie, które obecnie Liv miała na sobie.
Wydawało jej się, że idzie cały czas w dół, ale brnęła dalej, bo przecież gdzie
indziej miała iść. Nagle zrobiło się ślisko, Liv nie była na to przygotowana.
Już, gdy ślizgała się bezsilnie po gładkiej powierzchni zmoczonej wodą
przygotowywała się na zderzenie z rzeczywistością, a w tym wypadku z zimną
gładką i twarda ścianą. Nic takiego jednak nie nastąpiło… to znaczy wpadła, ale
nie na ścianę tylko DO WODY. W jednej chwili usłyszała piękny śpiew i poczuła
chłód wody. Z szoku termicznego straciła przytomność.