sobota, 2 marca 2019

Rozdział V "Lilie"




Liv wstała, obudzona przez okropny hałas, który nie wiadomo skąd pochodził. Niechętnie wstała. Zaczęła rozglądać się po otoczeniu bardzo uważnie, aby niczego nie przegapić. W pokoju nic nie znalazła, więc przeniosła się do salonu. Stamtąd do kuchni, a z niej na podwórko. Poranek był ciepły. Przebijające się przez wysokie drzewa promienie łaskotały Liv w nos. Ta scena byłaby naprawdę poruszająca, gdyby nie denerwujący dźwięk sączący się z…basenu? Liv zastanowiła się trochę. Spojrzała na siebie. Była ubrana w luźną tunikę w kolorze khaki i krótkie szorty w których spała. Przypomniała sobie, że zazwyczaj jej gospodyni zostawiała jej ubranie gdzieś na widoku, a dzisiaj tego nie zrobiła. To było dziwne. Dlaczego do tej pory nie zdała sobie sprawy, że jest w piżamce i biega tak po domu? Nieswoim domu? Dobra. Myśli na bok. Ten dźwięk wydobywał się ZBYT DŁUGO. Podbiegła do basenu i wskoczyła tam uważając, by nie zniszczyć porastających go różowych i białych kwiatów podobnych do lilii. Gdy zanurkowała, dźwięk zaczął się nasilać. Opcje były dwie. Albo od tego dźwięku zaczęła już wariować i do tej pory zwariowała do reszty, albo po prostu tam było źródło problemów jej uszu. Wynurzyła się na chwilkę, żeby złapać głębszy oddech i zanurkowała. Pod wodą zmuszona była otworzyć oczy. Nie było to przyjemne, ale trudno. Omijała ciemnozielone łodygi, jak mogła ale nie zawsze się to udawało. Tam gdzie zielona część rośliny musnęła jej skórę, ta zaczynała się czerwienić i nieznacznie szczypać, ale miała w tym głębszy cel. Dopłynęła na samo dno, gdzie dźwięk był praktycznie nie do zniesienia, ale na szczęście dała radę. Otworzywszy oczy szerzej spostrzegła małą sakiewkę na dnie. Stwierdziła, że to jest źródło hałasu, więc postanowiła się go pozbyć. Gdy zabrała sakiewkę, dźwięk jeszcze bardziej się nasilił. Niewiedziała co zrobić. Zdenerwowała się. Bolały ją oczy, zaczynało jej już brakować tlenu, a do tego jeszcze ten okropny hałas nie ustawał. Postanowiła, więc kilka ostatnich chwil troszkę poszukać jakichkolwiek wskazówek na dnie. W końcu się poddała. Podpłynęła na samo dno i już chciała się odbić, gdy jedna noga utknęła jej w jakiejś masie. To było dokładnie to miejsce, gdzie początkowo leżała sakiewka spoczywająca teraz w jej dłoni. Szarpała się i szamotała chcąc uwolnić stopę, ale uzyskała zupełnie odwrotny efekt. Zastanowiła się, czy to może jest substancja podobna do ruchomych piasków, więc zesztywniała na moment. Niestety i to nie przyniosło oczekiwanych efektów, lecz znacznie je pogorszyło. Masa zajęła się już nie tylko jej drugą nogą, ale teraz również i talią, klatką piersiową i zaraz miała w pełni pochłonąć ciało Liv. Biedna szamotała się jeszcze przez chwilę, ale to dalej nic nie dawało. Tlen się skończył, a Liv zemdlała.



<><><> 


 Była teraz w zupełnie innym świecie. Pełnym cudownych zapachów, tajemniczych owoców, cudownych sadów i …wody. Ten podwodny świat był niesamowity. Co dzień rano, gdy światło słoneczne rozjaśniało przejrzyście morską toń, Liv wypływała ze swojej chatki, w której wszystko zachowywało się jak zwykle, czyli jak na lądzie. Była to bardzo kolorowa chatka. Każdy pokój był urządzony w innym kolorze. Zaraz po wejściu do środka widać było gustowny makowy salonik, z również czerwonym kominkiem. Na kominku stały pięknie falujące na wietrze (albo wodzie)  rośliny. Na lewo umieszczone były duże dwuskrzydłowe drzwi, prowadzące do sypialni. Była ona urządzona w kolorze różowym. Wielkie łóżko umożliwiało Liv spać w pozycji jakiejkolwiek miała akurat ochotę. Pokojem dalej była piękna łazienka w zielonym kolorze. Wanna i umywalka były utrzymane  w iście nowoczesnym stylu, poza tym były tam dwa ogromne lustra, które zlewały się w jedno i zakrywały największą ze ścian. Kolejne  „pomieszczenie” pomińmy po to, aby przedstawić kuchnię. Była ona bajeczna. W odcieniu, który łączył świeżość cytrynowego oraz delikatność pomarańczu. Wszystkie blaty i szafki były uporządkowane. Cały domek wyglądał naprawdę schludnie i pięknie, ale niestety, został jeden kącik, który nieco psuł wrażenie normalnego domku. Pomiędzy kuchnią, a łazienką była przestrzeń zapełniona wszelkiego rodzaju roślinami. Różnego  rodzaju kwiaty, małe krzewy, kępki roślin, które były czymś pomiędzy oraz oczywiście krzaczki z pięknymi kolorowymi owocami, które swoją mięsistą skórką zwabiłyby niejednego łasucha, ale Liv wiedziała, że w większości są trujące. Był tam jeszcze jeden dosyć niepokojący przedmiot. Ów przedmiot  był bardzo zabezpieczony. Widać było, że jest czymś ważnym, czymś co ma dla właściciela ogromne znaczenie. Tym przedmiotem było nasiono. Wisiało ono na łańcuszku wyeksponowane, jak jakiś najpiękniejszy i najbardziej wartościowy kryształ na wisiorku. Był bardzo solidnie umocowany na nim, w taki sposób, aby nigdy nie spadł. Wśród tych roślin, było jaskrawe, lecz jednak niepozorne krzesło. Było ono co prawda w kolorze fioletowym, ale gdyby ktoś nie wiedział, że tam jest to najprawdopodobniej, by je przeoczył. Był to kącik medytacji Liv. To tam spędzała większą część dni spędzonych tu. Od kiedy tu mieszka? Nie wie, chyba od zawsze. To wszystko jest dla niej takie naturalne, a każdy dzień wygląda dokładnie tak samo. Wstaje rano, uradowana, że słońce wstaje i daje jej zbawienne promienie życia, po czym idzie do cudnej żółtopomarańczowej kuchni, gdzie robi sobie śniadanko. Zazwyczaj są to owoce, które po drodze do kuchni zrywa z kącika medytacji(ma do wyboru pięć rodzajów owoców, bo pozostałe jak już wcześniej było wspominane są trujące i zabiłyby ją w ciągu dziesięciu sekund). Są one podawane, albo w formie sałatki owocowej, albo jako dodatek do pysznych naleśników, gofrów itd. Kombinacji jest wiele i każdego dnia korzysta z innej. Po skończonym posiłku idzie do łazienki zacząć poranną rutynę kąpielą i myciem zębów. Następnie wraca do pokoju, aby ubrać się na nadchodzący dzień. Ubiera się w schludne, ale i zarazem zjawiskowe, kolorowe i zabójczo wręcz wygodne ubrania. Następny punkt tej rutyny to pielęgnacja roślin. Zbiera uschnięte liście, podlewać nie musi, bo w sumie przecież są pod wodą, zbiera owoce, odkłada je do szuflady, a potem spokojnie zajmuje krzesełko i medytuje. Medytacja jest bardzo ważna. Wie, że wielcy bogowie mają dla niej ważną misję. Modli się co dzień o jej powodzenie i dobrze wie, że kiedyś dobrzy bogowie dadzą jej to, o co prosi. Teraz przy medytacji wyobraża sobie wodospad. Wielki i piękny. Tak potężny, że wydaje jej się, że nic nie jest w stanie go zniszczyć. To jej kolejna wizja. Musi się teraz mocno skupić, aby zapamiętać każdy szczegół tego wodospadu, by móc  go potem przerysować i dokładnie przeanalizować wizję silnie skupiając umysł na jego znaczeniu. Liv podchodzi bliżej i dotyka spływającej  z niego krystalicznie czystej wody. Woda jest zimna, ale Liv nie straszne jest zimno. Czuje ona energię płynącą z jej ciała, jakby wodospad napełniał ją niezbędną do życia mocą. Gdy podchodzi do skały i dotyka jej wizja nagle się zmienia. Dotyka teraz drzewa. Ogromnego i …płonącego? Ale ono nie jest chore. Po prostu płonie. Może to jakaś klątwa? -ale cóż miało, by zrobić drzewo, aby ogarnęła go tak straszna klątwa? -nie potrafi się powstrzymać i próbuje się skomunikować z drzewem, ale zapomina o rozmowie przez umysł (języku drzew)tylko niestety drgają jej struny głosowe, a wizja urywa się. Czuje pod sobą tak znane jej krzesło. Zepsuła ją. Wydaje siebie jęk niezadowolenia. Próbuje jeszcze chwilę odnowić wcześniejszy obraz, ale nie potrafi. Jest na siebie zła. To nie pierwszy raz, kiedy właśnie w tak głupi sposób urywa kontakt z jej panem, który łaskawie sprowadza na nią wizje. Szybko podbiega do saloniku i z kominka wyjmuje zeszycik, w którym codziennie zapisuje swoje wizje.





Dzień 20.

Dziś miałam wizję widziałam, w niej wielki wodospad obdarzający mnie wewnętrzną magiczną siłą, która rozeszła się po moim ciele .
Była to piękna i bardzo radosna wizja, która pogłębiła mą już jakże głęboką więź z matką-WODĄ






  Kolejna wizja dotyczyła płonącego drzewa. Zastanawiałam się, dlaczego płonie, ponieważ nie wyglądało na chore, jednak nie skorzystałam z nauki mowy drzew jakiej mnie nauczyłeś i chciałam spytać się ludzkim językiem, jestem zła na moje zachowanie, ponieważ potem przez mą naganną nieroztropność wizja z mojej winy została zerwana. Wybacz mi.

*********************************************************************

Nie potrafiła uwierzyć, że to 20 dzień ona sama tego nie pamiętała. Gdyby nie dziennik, który znalazła w… SAKIEWCE. Zmarszczyła czoło. Coś sobie przypomniała. Nie jest tutaj od zawsze. Przypomniała sobie pierwszy dzień spędzony tu.
~Leciała tylko w dół. To było dziwne, gdyż powinna zadziałać siła wyporu. Próbowała machać rękami i nogami, ale niestety nie dawało to żadnych rezultatów. Jej ciało było wiotkie i nie potrafiła nic na to poradzić. Spadała nadal w dół, a wszystko stopniowo robiło się ciemniejsze. Czuła się jak spadochroniarz, który zapomniał przyczepić spadochronu i teraz leci w powietrzu (żeby to porównanie było dosadne to bardziej w wodzie) na łaskę lub niełaskę powierzchni, na którą ma ostatecznie spaść. Jak na wodę spadała zbyt szybko, na ogół przez ciśnienie powinna dawno zginąć, ale to taki drobiażdżek. Spadała tak jeszcze dłuższą chwilę dopóki nie ocknęła się na polanie. Zaraz obok stał domek. Nie potrafią sobie przypomnieć jak on dokładnie wyglądał, ale pamiętała że był ładny. Weszła do środka~
 Nagle usłyszała głos przerywający wspomnienia. Wydawał jej się bardzo znajomy. Zatoczyła się i upadla na ziemię. Dokładnie tak, jakby ktoś znienacka odciął jej prąd i jak długa runęła.





<><><> 





 Obudziła się w jakimś ciasnym pomieszczeniu. Było ciemno. Żadnej lampki, żadnej zapałki, ani świeczki. Zaczęła się wiercić. Okazało się, że ściany nie są wcale tak solidne, jak się jej z początku wydawało, więc rękoma zaczęła rozpychać je aby się uwolnić. Pchała, pchała i pchała. Użyła do tego większość swojej siły, ale nie poddawała się i dalej dzielnie stawiała opór próbującym się z powrotem zasklepić ściankom. Potem pomogła sobie nogami. Odpychała nimi ściany do zewnątrz i to był strzał w 10. Uwolniła się z wielkiego liliowego pąku, na środku basenu, gdzie jakaś dziewczyna próbowała przenieść jej ciało na trawę. TO BYŁA FELLAN. Liv chyba już dawno nie czuła takiego szczęścia. Była bardzo słaba, wychudzona i chora, ale nie obchodziło ją to rzuciła się przyjaciółce w ramiona, a z jej oczu popłynęły łzy. To były zły ulgi, szczęścia, trochę nawet żalu. Na szyi miała sakiewkę. Tę samą, którą znalazła na dnie tego basenu i  nagle wszystko sobie przypomniała
-Gdzie ja byłam? –wyjąkała w końcu przerażona Liv. Jej oczy były co najmniej 2 razy większe niż zazwyczaj (ze strachu oczywiście).
Rudowłosa z początku była bardzo zaskoczona, ale po chwili na jej twarzy zagościł ciepły, miły i łagodny uśmiech. Chyba chciała trochę ulżyć Liv wiedząc, że musiała przeżyć jakieś traumatyczne wydarzenia. Jej uśmiech zdawał się mówić „Spokojnie, nic się nie stało”. Przytuliła Liv jeszcze mocniej, po czym próbowała ją unieść, chociaż Liv zaprzeczała, że potrafi przejść sama. Fellan tylko przewróciła oczami i zaniosła towarzyszkę do łóżka. Na chwilę zniknęła zostawiając Liv z gonitwą myśli.
-Jesteś słaba, dzisiaj odpocznij, a jutro wszystko mi opowiesz-powiedziała kładąc ciepły posiłek na stoliku nocnym i uśmiechając się jak zawsze ciepło.
-Dziękuję , a gdzie jest..-tu poklepała się po klatce piersiowej. W tym miejscu wcześniej zwisała jej sakiewka. Przyjaciółka domyśliła się o co chodzi i powiedziała pośpiesznie
-O tym też porozmawiamy jutro-odparła i pośpiesznie wyszła z pokoju. Chyba się zaniepokoiła. Liv dokończyła posiłek, a potem padła bez sił. Kiedy ostatnio spała?
*** 
Następnego dnia Liv obudziła się o świcie. Nigdy nie była tak podekscytowana. Otworzyła oczy. Jej twarz chyba nie wyglądała na wymizerowaną, a sama czuła się o niebo lepiej. Odrzuciła kołdrę. Umierała z głodu. Podeszła po drzwi, ale wydały się zamknięte, czyżby znowu była uwięziona? No bez przesady! Przeszukała pokój. Na sobie nadal miała tę koszulę nocną, którą miała na sobie w dniu, kiedy wskoczyła o basenu.
-Szlak! Sakiewka!-wysyczała. Przecież Fellan wzięła ja wczoraj. Przeszukiwała mały pokoik jeszcze przez dłuższą chwilę zaglądając w każdy możliwy kąt. W końcu pełna desperacji zaczęła szarpać za klamkę, W miarę jak intensywnie „klamkowała” wokół niej wydobyła się porażające wręcz woń, która sprawiła, że strasznie zachciało jej się spać. Wróciła, więc do łózka i położyła się spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Z góry bardzo dziękuję za każdą poprawkę i wskazanie błędu, więc jak jakiś zobaczysz (a wiem że jest ich sporo) to daj znać tutaj,a ja to poprawię