Obudziła się nad jeziorem. Słonko
łagodnie muskało jej zabłoconą twarzyczkę. Nie wyobrażała sobie, jak bardzo
brakowało jej tego słonecznego blasku. Wiatr delikatnie rozwiewał jej
nieuczesane włosy.
Sięgnęła do torby, która posłużyła jej jako poduszka. Przez chwilę nerwowo w niej grzebała.
Sięgnęła do torby, która posłużyła jej jako poduszka. Przez chwilę nerwowo w niej grzebała.
-Uff- głośno wypuściła powietrze z ust czując ulgę. Na szczęście w torbie była mała, turkusowa
saszetka, która kryła w sobie opisane „sprzęty” zapewniające higienę. Wyciągnęła
grzebyk. Przy pierwszej próbie uczesania włosów, utknął w jej kołtunach i już
przed oczami Liv pojawił się straszny obraz jej obcinającej sobie włosy
wplątane w grzebyk Na szczęście oswobodziła je i próbowała dalej rozczesywać
niesforne, ubłocone kaskady. Gdy już się z nimi uporała splotła je w luźny
warkocz, żeby nie plątały się, aż tak szybko. Podeszła do tafli, aby przemyć
twarz.
Nagle nad dnem dostrzegła ruch. Przeraziła się i to nie na żarty. Odskoczyła od wody tak nerwowo, że upadła na kamień. Okazało się, że się skaleczyła. Rana zaczęła mocno krwawić, a Liv nie wiedziała co zrobić. Nadgarstek zaczął jej pulsować. Bała się widoku krwi. Musiała z całej siły skupić uwagę na czymś przyjemniejszym, aby nie zemdleć. Z kursów pierwszej pomocy pamiętała, że ranę należ przemyć. Poszła więc w kierunku wody. Włożyła rękę po nadgarstek i syknęła z bólu. Woda była słona!
Nagle nad dnem dostrzegła ruch. Przeraziła się i to nie na żarty. Odskoczyła od wody tak nerwowo, że upadła na kamień. Okazało się, że się skaleczyła. Rana zaczęła mocno krwawić, a Liv nie wiedziała co zrobić. Nadgarstek zaczął jej pulsować. Bała się widoku krwi. Musiała z całej siły skupić uwagę na czymś przyjemniejszym, aby nie zemdleć. Z kursów pierwszej pomocy pamiętała, że ranę należ przemyć. Poszła więc w kierunku wody. Włożyła rękę po nadgarstek i syknęła z bólu. Woda była słona!
-Szlak!- syknęła zaraz po
tym, jak poczuła niemożliwe do wytrzymania szczypanie, a w wodzie znowu coś się poruszyło.
Zbiornik wodny był duży. Sięgał, aż po horyzont. Przy brzegu nie był głęboki,
ale widać było, że po kilku metrach dno mocno opadało. Woda była krystalicznie czysta.
Nad powierzchnią wystawało kilka dużych głazów.
Nad powierzchnią wystawało kilka dużych głazów.
-Halo?-spytała Liv
niepewnie.
Oczywiście nikt jej nie
odpowiedział. Zauważyła za to, że obok jednego głazu znajduje się głowa do
połowy zanurzona w wodzie. Po chwili jednak, gdy nieznane stworzenie
zorientowało się, że Liv patrzy dokładnie w jego kierunku, szybko schowało się
pod taflę wodę. Tak pięknych włosów Liv chyba nie widziała w całym swoim życiu.
Były koloru jasnego blondu. Przez ułamek sekundy dryfowały po powierzchni wody.
W nie pozaplatane były lilie. Różowe, a wręcz amarantowe. Postać wynurzyła się
teraz obok kamienia bliżej jej. Liv spojrzała na jej twarz. Cudne, błękitne oczy
miały odcień, jakby niebo oddało im cały swój kolor. Pamiętała te oczy-takie
same miał…Oh! Jej myśli wróciły do Davida. Z oczu popłynęły jej łzy. Po raz
pierwszy płakała, gdy ktoś mógł ją
zobaczyć, ale Liv w ogóle to nie obchodziło. Przed oczami miała bruneta.
Uśmiechnięty cały czas, co chwila poprawiający te niesforne, miękkie włosy.
Zawsze opowiadał jakieś kawały, a teraz? Miała tyle pytań dotyczących samego
jego, jak i reszty przyjaciół. Czy kiedykolwiek jeszcze ich zobaczy? Czy jej
szukają? Pewnie tak. A co jeśli została
uznana za zmarłą i chociażby teraz trwa jej pogrzeb? Co ze szkołą? Miała tyle planów.
A co jeśli to wszystko właśnie się skończyło?
W czasie, gdy Liv płakała
istotka, która do niedawna ukrywała się za kamieniami, podpłynęła do niej. Widać
było, że jej zaciekawienie wygrało ze strachem. Podpływała spokojnie. Trochę
jakby walczyła z samą sobą, sprzeczając
się czy powinna zbliżyć się, czy też nie. Jednak mimo tego spokojnego,
stopniowego podpływania, Liv nie zauważyła jej i gdy ujrzała twarzyczkę,
gwałtownie odskoczyła. Szybko otarła łzy
i wstała. Spojrzała na nią, ale nieznanego stworzenia już tam nie było.
***
Nim się obejrzała nastał wieczór. Te wszystkie czynności, które
zaplanowała zajęły jej cały dzień, ale oczywiście wszystko było wykonane idealnie. Wybrała sobie miejsce pod drzewem. Jak dotąd nie miała tutaj do czynienia z
żadnymi okropnymi stworzeniami, ani owadami, więc nie powinno być, aż tak źle.
Szałas stał bez najmniejszych zastrzeżeń. Niby była to luźna i nieskomplikowana
konstrukcja, ale jednak prezentowała się naprawdę urodziwie. Stelaż był
zrobiony w wygiętych w łuk gałęzi drzew (drzewo samoistnie i biologicznie po
prostu się przechylało tworząc taki właśnie jakby tunel), które dodatkowo Liv
pokryła mchem, dodając jeszcze trochę leżących na ściółce patyków. Wszystko
było niedaleko wody, aby mieć dobry punkt orientacyjny. Oprócz szałasu zajęła
się także kuchnią polową. Kamienie wielkości zbliżonej do kurzego jajka ułożyła
w okrąg i zbudowała stos zwany studnią. Oprócz tego we wnętrzu szałasu zrobiła
sobie pryczę. Stworzyła ją z kilku patyków i sporej ilości miękkiego mchu, który przykryła potem
za pomocą suchego i ogromnego liścia drzewa, pod którym spała. -… A ‘propos
drzewa bo to też jest kwestią ciekawą, było ono niskie. Miało zaledwie dwa
metry wysokości. Jego gałęzie były miękkie i „plastyczne”- same uginały się pod
ciężarem dużych liści. W dotyku liście były gąbczaste i miękkie. Wagę miały
raczej niewielką i nie wolno pominąć faktu, że miały prześliczne kolory. Każdy
liść był jednobarwny, ale odcienie ich były tak zróżnicowane, że dopełniały się
w naprawdę piękny wachlarz barw od jasnożółtej, przez wszystkie odcienie
zieleni kończąc na bardzo ciemnozielonym podchodzącym nawet trochę pod turkus.
Jeśli chodzi o ich położenie i jak się prezentowały, to razem z gałęziami i podłożem tworzyły kopułę.
Przypominały trochę grotę albo jaskinię. (Nie ukrywam, że wyglądało to
magicznie). Takich drzew było więcej w okolicy. Po krótkim rozeznaniu, gdy
wybierała miejsce na szałas i znalazła to drzewo, które znajdowało się ok. 5
metrów od wody zobaczyła małe (biorąc pod uwagę rozmiar liści) owoce. Były
idealnie okrągłe. Barwy chyba zależały od dojrzałości, ale zaczynały się od
żółci, a kończyły na koralowej czerwieni.
Wyglądały trochę jak bąble, więc Liv autorsko nazwała te drzewa
bąblownikami albo bąblowcami lub bąblakami ( nie potrafiła się zdecydować). Gdy
skończyła prace obozowe, usiadła po przeciwnej stronie pnia i zaczęła poznawać
wnętrze swojej torby. Ostrożnie wyciągała kolejne elementy i uważnie wykładała
je przed sobą. Najpierw wyłożyła turkusową saszetkę, która była kosmetyczką. Potem znalazła szary i dosyć pojemny bidon na
wodę (taki z filtrem).Następnego przedmiotu nie położyła przed sobą, tylko od
razu przypięła sobie do paska. Była to finka. Miała wygodną, drewnianą rączkę.
Ostrze było jakby dopiero co ostrzone i pięknie mieniło się srebrną barwą załamując światło. Była oczywiście razem z czarną skórzaną pochwą z częścią do
przypięcia. Następny w plecaku był sznurek, a raczej cienka linka w kolorze
maskującym. Następny był zielnik, który już widziała, ale dopiero teraz
miała czas, żeby bliżej się mu przyjrzeć. Okładka była ze skóry z wielkim
napisem „zielnik”. W środku prośba o prowadzenie go czytelnie i rzetelnie. Nie
rozumiała dlaczego komuś tak na tym zależało, ale szybko zbyła tę myśl. Nie
potrzebne jej było nowe zmartwienie. Następnym przedmiotem była mała, srebrna
walizeczka którą zaraz po otwarciu porównała do
„zestawu małego chemika”. Była ona pełna probówek z zatyczkami, różnych
pojemniczków i innych tego typu rzeczy. Przed ostatnim elementem było pudełko z
prowiantem. W tym plecaku znalazła również dwie pary skarpetek, bieliznę,
krótkie spodenki, kurtkę puchową (chyba nigdy nie odgadnie, jakim cudem składała się
do tak bardzo niewielkich rozmiarów piłki do tenisa), trampki (buty treningowe
miała obecnie na nogach ), spodnie dresowe, ciepłą bluzę T-shirt, zimową czapkę
z pomponem i czapkę z daszkiem. Była zaskoczona, ile rzeczy może pomieścić ten
plecak. Po rekonesansie wszystko dokładnie i przemyślanie spakowała.
Cały czas ciekawiły ją
bąbelki na drzewie. W końcu zerwała jeden owoc. Był barwy koralowej, w dłoni okazał się większy niż szacowała, gdy wisiał na
drzewie. Zapełniał obie jej ręce. Fakturę miał jakby pluszową. Bez problemu
dawał się delikatnie zgniatać. Jego śliska skórka z jakby brodawkami z
łatwością uginała się pod naciskiem jej palców. Lekko ją nacięła a z wnętrza
momentalnie wyciekł lekko niebieskawy płyn. Postanowiła otworzyć jeden z
pojemniczków dołączonych do „zestawu małego chemika” i wlać tam ciecz. Zaraz
okazało się że płynu nie było tam zbyt dużo, a większość wnętrza „bąbla”
stanowił piankowy, przezroczysty miąższ.
Wyjęła więc zielnik i
włożyła do niego niewielki kawałek liścia opisując roślinę, owoce, itd. Starała
się też opisać w miarę położenie w jakim rosła ale napisała tylko że niedaleko
słonej wody. Na koniec podpisała „Bąblak” oraz dzisiejszą datę. Słońce zaczęło
już zachodzić, a Liv zrobiła się senna. Weszła więc do swojego szałasu, ubrała
na siebie ciepłą bluzę i ułożyła się na posadzce kładąc plecak pod głową.
Zamknęła oczy a w tym samym momencie słońce całkowicie znalazło się za
chmurami. Delikatne promienie księżyca wpadały do szałasu srebrnym blaskiem
przez szparę wejściową. Gdzieś z oddali zaczął płynąć śpiew. Poczuła się błogo…powieki
zaczęły ciążyć jej coraz bardziej. Śpiew był w charakterze kołysanki, a
przynajmniej ona to tak odbierała. Czuła w niej polecenie żeby zasnąć i już
nigdy się nie… otworzyła gwałtownie oczy, a cała krew odpłynęła jej z mózgu.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, w co
tak naprawdę się wplątała. Przecież to mogły być syreny. Ta dziewczynka… nagle
wszystko ułożyło jej się w okrutną całość. Może to była jakaś zwiadowczyni.
Zobaczyła, że mają tu pewną ofiarę, a potem gdy upewniła się, że będzie tu po zachodzie
słońca, to może ją skrzywdzić…ale koncert trwał. Piękne, melodyjne tony trafiały do jej uszu, teraz prosząc, żeby
weszła do wody. Wstała z posadzki i w rytm muzyki poszła w stronę wody. Robi
dobrze. Przecież te cudowne głosiki nie mogłyby jej oszukać. One szepczą tak
słodko i melodyjnie. Chcą żeby była z nimi, a przecież puki co w jej życiu zbyt
wiele łez się pojawiało. Ona będzie
wolna. Popłynie razem z tymi pięknymi dziewczynami. Wyszła z szałasu rzucając
bluzę na plecak. Srebrzysty księżyc w pełni okazałości. Tak, to piękna noc…że
też ona chciała ją przespać i przegapić takie piękne widowisko… Po co w ogóle
spać? Kiedy można by płyyyyynąć. Daleeeeko, a może to był sen? Było tak
bajkowo. Widziała trzy dziewczyny Jedna o rudych włosach, dwie kolejne miały
ciemne włosy. Brązowe i czarne. Wszystkie miały łagodne rysy. Były takie
piękne. Szła dalej. Wody miała już po kostki, ale brnęła. Piękne kobiety
zachęcały ją do tego aby szła i szła dalej. Woda była ciepła. Ciepło
rozchodziło się po jej całym ciele. Po kolana. Dziewczyny pląsały wokół niej, a
Liv coraz bardziej się uśmiechała. Wody było już po uda. Na twarzy Liv znalazł
się uśmiech, ona idzie do lepszego miejsca. Tam nie ma bólu cierpienia.
-AWENA-Zabrzmiał dysonans
zupełnie niepasujący do słodkiego śpiewu pięknych pań. Głos nie należał do
nich. Na szczęście wybudziła Liv z transu.
-sss- syknęła orientując
się że jej świeża rana znajduje się ponownie w słonej wodzie. Kobiety
przerażone próbowały kontynuować swój śpiew, ale teraz brzmiały chłodno,
sztucznie i bez wyrazu. Spłoszone wzięły Liv na nogi i pociągnęły pod
powierzchnię wody. Liv już świadoma, nie miała czasu na nabranie powietrza w
płuca. Cóż za okrutny los…już nie zobaczy Davida, Henry’ego, Fallon, Eavy, rodziców…Szamocze się i macha nogami, ale ich było trzy, powoli brakowało jej
powietrza w płucach, …kiedy wzięła wdech. Odepchnęła wszystkie trzy dziewczyny.
Wszystkie trzy poszły na dno. Uff, nie ma to jak zbawienna dawka tlenu wypłynęła
na powierzchnię była ze 200m od brzegu, na szczęście orientowała się gdzie znajduje się jej obozowisko.
Podpłynęła do brzegu i zobaczyła blondwłosą syrenkę z wplecionymi liliami.
Uśmiechała się przepraszająco, ale jakby z ulgą
-To….ty?- spytała, dopływając do brzegu i patrząc na nią w osłupieniu
Ona tylko uśmiechnęła się, tym razem radośniej.
-Uratowałaś mnie- ciągnęła Liv z niedowierzaniem
-Dlaczego?- istotka wzruszyła
ramionami
-Jestem Katerina- powiedziała po chwili namysłu
-Ale mów na mnie Camilla- poprosiła
-Dlaczego mnie uratowałaś?- powtórzyła pytanie Liv
-Nie zrozum mnie źle,
jestem wdzięczna, nie do końca rozumiem-sprostowała po chwili
Długo zastanawiała się
nad odpowiedzią. Widać że czuła się zakłopotana, ale odpowiedziała w końcu;
Ty myślisz że bardzo się
różnimy, ale to nie do końca prawda. Też nie jestem stąd. Szczerze mówiąc jestem
tu od niecałych stu lat. Wychowałam się w Borach Szefsnika. Naturalnie mój lud
nie przepada za wodą. To moja kara.
-Kara za co?-wyrwało się
Liv, zaraz tego żałowała i chciała sprostować, przeprosić albo cokolwiek, ale
nowa znajoma szybko odpowiedziała;
-Na razie, dopóki nie ma
takiej potrzeby, wolałabym tego zdradzać,ale widać, że przydałoby ci się
potrafić przeciwstawić się Elwadorkom co?- spytała dosyć żartobliwie
rozładowując napięcie.
-Da się tego nauczyć?
Naprawdę?-Liv nie kryła podziwu. Camilla potwierdziła i zaproponowała naukę
-Ale teraz lepiej idź się
przebrać i przespać, bo jutro nie będzie z ciebie żadnego pożytku-powiedziała, po czym odpłynęła za kamień.
W tym momencie dopiero
Liv zrozumiała, jak bardzo przyda jej się sen, bo praktycznie całą drogę do
szałasu zataczała się. Przed tym jak dotarła, Camilla krzyknęła do niej, że ona
będzie pilnować, aby żadne stworzenia jej nie uwodziły, kiedy ona będzie spać, więc bez niepewności przebrała się, mokre ubrania powiesiła, a sama przebrawszy
się w suche ułożyła głowę na plecaku i momentalnie zasnęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Z góry bardzo dziękuję za każdą poprawkę i wskazanie błędu, więc jak jakiś zobaczysz (a wiem że jest ich sporo) to daj znać tutaj,a ja to poprawię